points
int64 -28
1.22k
| story
stringlengths 40
4.36k
|
---|---|
1,084 | Dziś obchodzę rocznicę. Rocznicę wypadku.
Wracałam do domu. Następnego dnia miałam grać w ogólnopolskim turnieju siatkówki plażowej. Miałam walczyć o złoty medal, wtedy najważniejszy dla mnie. Moja partnerka czekała na mnie na boisku, żeby wspólnie poćwiczyć, rozegrać jeszcze kilka ostatnich akcji.
Nie dojechałam. Pijany kierowca bez uprawnień wjechał we mnie. Karetka, szpital, blok operacyjny... Ledwo mnie odratowali. Rokowania? Nie będziesz chodzić. Pora zaprzyjaźnić się z wózkiem. Zero siatkówki czy też biegania. Szok, rozpacz i depresja.
Rok ciężkiej rehabilitacji, wyrzeczeń, bólu i łez. Po co? Po to, by dziś po raz pierwszy od tamtego dnia stanąć na podium i odebrać srebrny medal na ważnym i dużym turnieju siatkówki plażowej.
Wniosek. Walczcie o swoje marzenia, nawet wtedy, gdy wszystko jest przeciwko. Bo warto.
Zapytacie pewnie co z kierowcą? Ma to wszystko gdzieś, i ja też będę mieć, ale dopiero po rozprawie sądowej, gdy bardzo duże odszkodowanie wpłynie na moje konto. |
1,084 | Dzisiaj złożyłam wizytę proboszczowi mojej parafii. Powód dość ciężki, mianowicie chcę wystąpić z Kościoła Katolickiego, bo po prostu nie wierzę, nie praktykuję itd.
Gdy weszłam, powiedziałam księdzu jaki jest mój cel wizyty, wręczyłam wszystkie dokumenty (deklaracje wystąpienia, świadectwo chrztu). Spodziewałam się długiego przekonywania, że mam się jeszcze zastanowić, że to nie jest dobry pomysł, że przecież Bóg istnieje. Tym bardziej byłam na to nastawiona, bo aktualny proboszcz jest gadułą, a także jego obowiązkiem jest próba "nawrócenia" mnie na dobrą drogę. Wiedziałam, że nie warto wdawać się w dyskusję.
Nie usłyszałam żadnych kazań, tekstów biblijnych wyuczonych na pamięć. Usłyszałam skrobanie pióra na papierze, którym podpisywał papiery oraz krótkie "to sp*er*alaj". |
1,083 | Od zawsze byłam wysoką dziewczyna, ale przeszkadzało mi to. Ciągle szukałam sposobów w internecie jak przestać rosnąć, co zrobić gdy jestem za wysoka itp. W końcu spełniło się moje marzenie... Jestem niższa... O około 1 metr.
Jakim cudem? W wypadku straciłam obie nogi. |
1,083 | Jestem facetem. Mam 28 lat. Nadal śpię z misiem :/ |
1,082 | Dziś rano zadzwoniła do mnie moja siostra z prośbą, abym pomogła jej w kupnie laptopa dla siostrzenicy. Siostrzenica nazbierała pieniądze z komunii i urodzin, więc miała określoną kwotę - max 3 tysiące. Pracuję jako informatyk, więc bez problemu wyszukałam odpowiedni model, ale niestety - drogi. Gdy mój szef zobaczył nad czym kombinuję, zaproponował bez wahania, że odstąpi mi swoją 35%-ową zniżkę na ten model, bo sam miał zamiar kupić, ale z jakichś przyczyn nie będzie tego robił, a tak to rabat nie przepadnie.
Aby jeszcze zejść z ceny, pomyślałam, żeby zaproponować siostrze oryginalną licencję systemu operacyjnego (z racji tego, że studiuję informatykę, mam dostęp na czas studiów do niektórych zasobów za darmo). Dzwonię więc uradowana z pytaniem, czy takie opcje jej odpowiadają. Wszystko opowiadam. Po czym słyszę:
- No chętnie weźmiemy taki laptop... A czekaj, z tego co pamiętam, ty dałaś Kasi tylko 100 zł na komunię, może jej coś jeszcze dokupisz?
I mnie zamurowało.
Owszem, na komunię rok temu do koperty wrzuciłam "marne" 100 zł, bo tylko na tyle mogłam sobie pozwolić. Studia, miałam problemy z pracą i w zasadzie to cała rodzina o tym wiedziała, więc taki tekst trochę zabolał...
PS. Mam zamiar kupić szefowi dobry alkohol za tę zniżkę! |
1,082 | W dniu wczorajszym, po długiej podróży, wreszcie zajechaliśmy z kumplem na miejsce. Mieliśmy ze sobą sporo bagaży, więc ja poczekałem z nimi pod blokiem, a on szukał miejsca parkingowego.
Stoję tak i przeglądam Facebooka na telefonie, podbija do mnie łysy, wysoki facet. Woń alkoholu dobiegająca od niego (wskazująca na minimum 3-dniową libację) od razu postawiła mnie do pionu. Prosto z mostu, z charakterystyczną chrypą w głosie i wytrzeszczonymi oczami, zapytał mnie:
- Którędy dotrę do Biedry?
- Cały czas prosto - opowiedziałem bez zastanowienia.
Jego twarz rozpromieniła się niczym słoneczko z czołówki Teletubisiów, po czym zaczął swoją dziękczynną mowę:
- Dzięki, stary! Tak mi to wytłumaczyłeś... po chłopsku! Kobita by mi tak nie wytłumaczyła, a ty mi to tak... wytłumaczyłeś... tak po chłopsku.
Zacisnął swoją dłoń w geście zwycięstwa, obrócił się elegancko, po czym powolnym krokiem odszedł przed siebie w podskokach.
Tak oto stałem się dla tego człowieka drogowskazem w jego skacowanej, porannej podróży. |
1,082 | Dziś byłem świadkiem dość ciekawej sceny w biedronce.
Jakaś dziewczyna 14/15 lat stoi przy kasie i chce sięgnąć po większe opakowanie gum do żucia, jednocześnie patrząc w telefon, i zamiast po gumy sięga po Durex i zaczyna się rozmowa:
[Kasjerka] : A panienka nie za młoda?!
[Dziewczyna] : Na gumy?!
[K] : Ale to dla chłopaków!
[D] : To że jestem dziewczyną, nie znaczy, że nie mogę! To 21 wiek!
[K] : ALE NA MIŁOŚĆ BOSKĄ, PO CO PANI PREZERWATYWY?!
Mina tej dziewczyny bezcenna, a kobiety z tyłu jeszcze ciekawsza. |
1,081 | Ostatnio czytałem o dziewczynie, która po pijaku obrzygała samochody, napisała, że to najbardziej żenująca historia w jej życiu, więc by ją pocieszyć postanowiłem napisać moją.
Był rok 2009, albo 2008.
Pojechałem nad piękną rzeczkę za takie dość grube przewalone drzewo (nurt był tam dość mocny, przez co ryby liczyły tam na łatwy łup), które jakby zawisło nad rzeką, dookoła były chaszcze, więc byłem praktycznie jak w raju. Rozłożyłem wędki i przystąpiłem do łowienia.
Po całym dniu delektowania się pogodą postanowiłem wrócić do domu. Uznałem, że dobrym pomysłem byłoby upuszczenie trochę bagażu w postaci moczu. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, wyciągnąłem Freda i przystąpiłem do dzieła. Podczas tej czynności na Fredzie usiadł komar. NO KURNA! Usiadł mi na mojej własności, jeszcze tak prywatnej, i zaczyna na niej ucztę. Tego było za wiele, przypomniały mi się wszystkie najbrutalniejsze metody zabijania komarów, lecz jedna z nich wydała się iście szatańska... Napompowanie go krwią, aż pęknie! Ha Ha! Idealne! Ale zaraz? Jak zrobić, by do Freda napłynęła krew? Rękę się napina i buum, a tu? Wiem... Wy już też pewnie wiecie (męska część).
Nie wiem, co za szatan to wymyślił, nie wiem, kto weryfikował ten plan w moim mózgu jako dobry, ale na pewno powinno się go zwolnić. Odpaliłem sobie na telefonie film i przystąpiłem do oglądania, a zarazem rękodzieła. Oczywiście delikatnie, by nie spłoszyć szataństwa, któremu widocznie posmakowało. Fred zaczął zachowywać się jak dres na sterydach (napakowany, wyżylony). Ale co jest!? Czemu komar nie chce pęknąć? Czemu to nie działa, a on nadal siedzi po tak długim czasie!? Pytania się piętrzyły, ale nie było odpowiedzi. Kontynuowałem dzieło...
Nadszedł czas kiedy Fred był bliski kresu. Kątem oka, patrząc na telefon i na niczym niewzruszonego komara, dostrzegłem dziwny obiekt wyłaniający się zza drzewa, a sunący po wodzie. Ale tego nie dało się powstrzymać! W tym samym czasie Ferdynand wystrzelił niczym szampan w nowy rok, prosto na dziób sunącego po wodzie obiektu. Pół sekundy później skojarzyłem obiekt. KAJAK! Dalej było tylko gorzej. Zza drzewa wyłoniły się dwie pasażerki 9/10, które spostrzegły mojego przyjaciela oraz mnie. Zobaczyłem ich twarze, przerażone bardziej niż w jakichkolwiek horrorach. Ale widok nie trwał długo, bo niesione przez rwący nurt szybko zniknęły, a po chwili gdy ogarnąłem co się stało usłyszałem przeraźliwy krzyk. Zapaliła się lampka "Uciekamy!", wyrzuciłem ryby do wody, chwyciłem wędki i uciekłem. Ale do dziś nie mogę uwierzyć, że "strzeliłem" dziećmi w nowo poznane, a nawet jeszcze nie zobaczone, dziewczyny ;/.
Dla dociekliwych:
Dziewczyn nie widziałem już nigdy więcej i wolałbym nie zobaczyć.
Komar nie pękł
Jestem z Fredem razem już od 25 lat.
Purchel po ukąszeniu był nie do zniesienia. |
1,080 | Odkąd zamieszkałam z moim chłopakiem, ciągle go upominam, że za głośno rozmawia. Jakoś nie lubię, kiedy wszyscy sąsiedzi podsłuchują, gdy rozmawia na klatce... Mój chłopak mówił, że każdy jest tak zajęty swoim życiem, że nie podsłuchuje przy drzwiach swojego mieszkania i mam urojenia. Jak bardzo się pomylił przekonałam się dzisiaj.
Wchodzę do bloku zmęczona po ciężkim dniu pracy. Z daleka już słyszę, że sąsiad mieszkający pod nami schodzi z psem na spacer. Zamyka drzwi i spotykamy się na półpiętrze. Mówię mu grzecznie dzień dobry i już chcę iść do swojego mieszkania, aż ten nagle zaczyna mi gratulować i ściskać. Mówi mi, że wiedział od początku i trzymał kciuki. Patrzę na niego zdezorientowana i pytam o co chodzi, na co on z uśmiechem: No wczoraj słyszałem, jak pani chłopak mówił przez telefon, że już ma pierścionek i będzie się oświadczać... Zamurowało mnie, podziękowałam i poszłam.
Wchodzę do mieszkania, widzę, że mój chłopak jest zdenerwowany, pyta mnie, czy pójdziemy dzisiaj na jakąś kolację, bo on to znalazł taki fajny lokal i w ogóle. Patrzę na niego i pytam, czy ma się tam zamiar oświadczyć, czy tutaj. On zszokowany patrzy na mnie i pyta skąd wiem... No cóż, pan Mietek spod trójki był szybszy.
Oświadczyny przyjęte, a mój narzeczony już nie rozmawia przez telefon na klatce schodowej. |
1,080 | Historia miała miejsce rok temu, w wakacje. Po pierwszym roku studiów w stolicy zatęskniłam za jakimś małym miasteczkiem. Wyjechałam z Warszawy, znalazłam sezonową pracę.
Mieszkałam w bloku, ale nawet w "centrum" były domki jednorodzinne itd. Chodząc na zakupy do jednego z większych marketów mijałam kilka takich domów, właściwie to była taka ulica. Pewnego wieczora jak zawsze idąc na zakupy usłyszałam płacz dziecka i zobaczyłam, jak na jednym z podwórek matka ciągnie 5-letniego chłopca za rękę, niemal unosi go w powietrze i uderza (niby przysłowiowy klaps), ale kiedy ustałam i przyglądałam się sytuacji, wyglądało to groźniej... Malec krzyczał wniebogłosy, matka wyzywała go od najgorszych... W pewnym momencie zobaczyła mnie - szpiega wyglądającego zza drzewa - i szybko wciągnęła chłopca do domu i głośno trzasnęła drzwiami.
Później jeszcze wiele razy przechodziłam obok tego domu, widziałam jak na podwórku kilkoro mężczyzn piło, kilka razy nawet widziałam tę panią z dziećmi (miała ich więcej) kupującą alkohol. Ta sytuacja chodziła mi po głowie przez miesiąc, może nawet więcej, dręczyłam się.
Sobota wieczór, ciepło, ok. 20, jak tylko weszłam na tę ulicę usłyszałam płacz dzieci, od razu wiedziałam skąd. Podeszłam bliżej, na podwórku impreza, jacyś pijani debile leżą na trawniku, śmieją się, dziecko gdzieś płacze, ale nie widzę. No i odważyłam się, zadzwoniłam na policję. Sama dorastałam w domu, gdzie była przemoc i alkohol, czułam, że muszę.
Policja przyjechała, gdy imprezowicze zauważyli radiowóz uciszyli się, i rozmawiali nie wiedząc, że o nich chodzi. Dodam, ze dziecko nadal gdzieś płakało, nie potrafiłam powiedzieć skąd. Policjantów poinformowałam o tym co się tu dzieje, co widziałam. I wiecie co stało się dalej? Zaczęły przychodzić sąsiadki i mówić, że to patologia, że 5 dzieci (od 16 do 3 lat), że rodzice piją, dzieci nocami uciekają z domów, śpią w pobliskim parku, przemoc, awantury. Ja myślałam, że oszaleję...
Policja spokojnie zapytała dlaczego nie oni wezwali policję, na to większość typowych moherków spuściła głowy i pod nosem wymamrotali, że cyt. "oni nie chcą się nikomu w życie wpieprzać"... Zabrakło mi słów. W międzyczasie leciały w naszym kierunku wiązanki, szczególnie w stronę policjantów. Ja przyjrzałam się i na podwórku, w krzakach, zobaczyłam wystający bucik. Powiedziałam to policjantowi, który po chwili wszedł ze mną na posesję. Chłopiec leżał miedzy krzakami agrestu, płakał z bólu, miał zakrwawioną twarzyczkę i nie mógł nawet wstać. Karetka, jeszcze więcej policji.
Pojechałam z chłopcem na pogotowie. Złamane 2 żebra, ogólnie był poobijany, cały w siniakach. 5-letni chłopiec. Odwiedzałam go, wiem tyle, że rodzice zostaną ukarani, dzieci odebrane...
Proszę was, reagujcie. WY MOŻECIE POMÓC. |
1,080 | Ostatnio sporo się widzi historii o nadmiernym owłosieniu u kobiet i ja dodam coś od siebie.
Z moim chłopakiem mamy związek raczej... Zabawowy. Umiemy się śmiać ze swoich pierdów, podczas zabawiania się pod kołdrą powiedzieć coś głupiego, nie mówiąc o dostaniu z bańki podczas takich czynności. Oczywiście niechcący!
Ale do rzeczy...
Lubię brodę mojego lubego. Męskie to takie i w ogóle. Fajnie pomiziać coś, co nie jest tylko kotem. Jednak bardzo przeszkadza mi jego wąs... No kłuje to, drapie, brzydkie i niefajne.
Niedawno powiedziałam mu, że w gimnazjum przezywali mnie Wałęsa. Miałam wąsa bujnego, jak niejeden stary Meksykanin z filmów. Teraz po prostu go depiluję.
O tyle jak meszek na brzucholu mu raczej nie przeszkadza, to to już tak. Powiedziałam mu wtedy, że jeśli on nie zgoli swojego "wonsa", to ja nie będę depilować mojego. Wyśmiał mnie.
Zakład z niegoleniem pach wygrałeś, ale tym razem nie dam się tak łatwo! |
1,080 | Służba zdrowia? Proszę was...
Miałam wypadek. Dokładniej mówiąc to zleciałam ze schodów, uderzając po drodze o dwie ściany i miski na stojaku.
Diagnoza? Złamana ręka, paraliż od pasa w dół i uszkodzony aparat mowy. Brzmi okropnie? Spokojnie. Jeszcze nie zaczynajcie mi współczuć.
To było tak:
Schodzę sobie kulturalnie po schodach, kiedy nagle pociemniało mi przed oczami i urwał mi się film. Obudziłam się w szpitalu. W ogóle nie rozumiałam o co chodzi. Nic a nic mnie nie bolało.. Pielęgniarka coś do mnie mówi... Że współczuje, że powinnam odpoczywać... Moja mama obok płacze. A ja z totalnym mindfuckiem siedzę na tym łóżku... Kobieta mówi do mnie:
- Ma pani uszkodzony aparat mowy. Najprawdopodobniej nie będzie pani mogła mówić.
Moja mama beczy jeszcze bardziej, a ja:
- Prima Aprilis? O co chodzi, bo nie rozumiem? Co mnie ominęło?
Mina lekarza i pielęgniarki była tak genialna, że można by z tego zrobić mema :D
Ale to jeszcze nic! Nie wiem... Może cud. Albo to po prostu JA..
Chciałam się wygramolić z łóżka, bo było mi za gorąco. Pielęgniarka do mnie: "Proszę pani, jest pani sparaliżowana, nie może pani..."
I tutaj kolejny mindfuck, bo zrzuciłam nogami kołdrę z siebie i usiadłam po turecku na łóżku. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko wybiegł z sali, krzycząc "Panie doktorze, panie doktorze!!".
Cóż... Co do wstrząsu się nie pomylili, ale chodzić - chodzę i mówić - mówię.
Mogę opisać jeszcze jedną sprawę z tym związaną. Moja nauczycielka została poinformowana o moim kalectwie. Urządziła pogadankę na godzinę wychowawczą o moim wypadku itp.
Chyba była w trakcie opowiadania klasie o tolerancji do osób niepełnosprawnych, bo w tym samym czasie ja - okaz zdrowia, wypisana ze szpitala - wchodzę do klasy, mówiąc: - Przepraszam za spóźnienie.
Jestem osobą z dystansem do życia i myślę, że ten stwierdzony "paraliż" to po prostu głupi błąd. Albo pomylili teczuszki z wynikami i się nie przyznali. Nie wiem. Szczerze mnie to nie obchodzi, ale przynajmniej mam co opowiadać. Nadal śni mi się przerażenie wymalowane na twarzy pielęgniarki :) |
1,080 | Historia moja i waszego ulubieńca Sebka. Na sam jego widok miałam dreszcze, Boże, jakby szedł za mną w nocy, to chciałabym zniknąć. Dres, kaptur na głowie - łysej, tatuaże i straszny wzrok. Gdy tylko widziałam go na mieście z kolegami Sebkami, uciekałam na drugą stronę ulicy.
Nie uwierzycie, jakie było moje zdziwienie, gdy pewnego ranka zobaczyłam go u siebie w domu! On i jego tata, jak się później okazało znajomy mojego taty, pomagali nam akurat przy dość skomplikowanym remoncie. Nie wychodziłam z pokoju! Unikałam jak ognia na tyle, na ile było to możliwe.
Z czasem jednak zaczął się uśmiechać, cześć itp. Już nie był taki straszny, widać było, że go zawstydzam i do tego miał śliczny uśmiech. Zaczęliśmy więcej gadać, remont się skończył, zaczęliśmy pisać, pamiętam jaka byłam przerażona, gdy chciał się spotkać! Ale się zgodziłam. Spotkanie za spotkaniem, a on okazał się bardzo miłym, pracowitym i uczuciowym chłopakiem. Zakochał się, ja trochę się opierałam tej znajomości, jednak w końcu uległam. Delikatne przytulenia, nieśmiałe pocałunki i trzymanie za rękę.
Jednak z czasem zaczęło się psuć, kłótnie, zazdrość o wszystko, ograniczenia, a dla mnie była to w sumie pierwsza większa miłość.. Zaczęło mi mniej zależeć i się rozstaliśmy. Mimo twardości Sebka wiem, że bardzo to przeżył, gdy powiedziałam, że to koniec, nawet zobaczyłam u niego łzy! Powiedział, że dziękuję mi za to, że na wiele rzeczy otworzyłam mu oczy i zawsze będzie o mnie pamiętał. Po jakimś czasie zostaliśmy po prostu kumplami, on znów kogoś miał, ja także, kontakt był coraz słabszy.
Życie się toczyło. Do dnia, w którym przeżyłam szok.
Odwiedził nas jego ojciec. Po roku. Powiedział, że Sebek zginął w wypadku samochodowym. A przecież kilka dni wcześniej rozmawialiśmy przypadkiem na mieście. Byliśmy tacy młodzi! Podziękował mi za to, że go zmieniłam, bo wiele razy to powtarzał. Słyszałam to od jego znajomych. O, to ta, dzięki której Sebek stał się jakiś inny, lepszy. Mimo że dalej był sobą. A ja nic takiego nie zrobiłam, dałam mu małą cząstkę miłości, mikroskopijną, trochę innego świata.
Pogrzeb był najpiękniejszym pogrzebem jaki widziałam. O ile można tak powiedzieć... Jego przyjaciółka śpiewała tak pięknie Ave Maria... Jego koledzy Sebki w garniturach z białymi kwiatami nieśli trumnę. Na cmentarzu każdy z nich położył na trumnie białą różę.
Teraz po latach wspominam jego bananowy uśmiech. Zapalając na cmentarzu świeczkę, przypominam go sobie dresiastego, a jednocześnie takiego wrażliwego. I często jak on powtarzam sobie by myśleć pozytywnie, co by się nie działo. Te słowa były dla niego jak mantra. Wiem, że patrzy na mnie z góry, bo czasem mi się przyśni. Jego koledzy jakoś też się zmienili, dalej są Sebkami, ale są jacyś tacy spokojniejsi, nie straszą i układają sobie życie.
Ile Sebków, tyle historii. |
1,079 | Parę tygodni temu w moim domu skończył się generalny remont. Ja i mój młodszy brat w końcu mieliśmy osobne pokoje.
Jak to bywa przy remontach trzeba zrobić porządki, zdecydować co zostanie, a co nie. Najtrudniej było z wielkim koszem na pluszaki, który stał zapomniany w kącie. Doszliśmy do wniosku, że oddamy zabawki, ale zachowamy sobie kilka do których mamy sentyment. Tym sposobem dwa ulubione pluszaki znalazły honorowe miejsce na mojej szafie, sprawiając, że nowy pokój stał się nieco bardziej przytulny. Podobnie postąpił mój młodszy brat.
Pewnego dnia, gdy rodzice pojechali do znajomych, razem z bratem popadliśmy w sentymentalny nastrój i postanowiliśmy się pobawić wspomnianymi wcześniej zabawkami. Wybraliśmy zabawę w Pokemony, sięgając pamięcią do czasów dzieciństwa bez trudu odnaleźliśmy pokemonowe odpowiedniki naszych pluszaków i zaczęliśmy zabawę.
Nigdy nie zapomną miny rodziców gdy wparowali do domu w samym środku bitwy z Zespołem R.
PS: Mam 20 lat, brat 16 i skłamał, że to jego pomysł. |
1,078 | Trzy lata temu spaliłam mieszkanie.
Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Czwartek, 10 rano - wstaje, wymówki do mamy, bo nie chce mi się iść do szkoły.
Mamcia usmażyła mi frytki w garnku metalowym, zostawiła go na kuchence.
Zarys kuchenki- metalowa, góra była tylko szklana, producent zapewniał, że szkło nie pęknie jak będzie "żywy ogień" na szkle. A jednak.
Mama wyszła do pracy, ja jako 15-latka bardzo lubiłam pomagać mamie przy domowych obowiązkach. Tym razem wzięłam się za mycie naczyń. Na kuchence nastawiłam duży teflonowy garnek z wodą na naczynia, stał również na palniku dalej wspomniany wyżej garnek z olejem. Nie zauważyłam, że rączka od garnka z olejem styka się z teflonowym z wodą. Wyszłam z kuchni. Pościeliłam wszystkim łóżka, ogarnęłam kanapę w salonie. Nagle słyszę huk pękającego szkła. Wbiegam do kuchni. Ijojijojijo, poooożar. Rączka od garnka stopiła się na szklaną płytę kuchenki, podbiegłam, olej wrzał, woda też, wyłączyłam dopływ gazu do kuchenki, podbiegłam znowu, płyta się zapadła do środka kuchenki, mieszanka wybuchowa - woda i olej. Zapaliło się wszystko co było możliwe, meble, panele na suficie i ścianach, później firanka, okno, łazienka. Wpadłam w panikę, szukam po klatce schodowej gaśnicy (wiem, że kiedyś była!), nie znalazłam, biorę ręczniki i daremne próby ugaszenia. Dzwonię na straż, opanowana opowiadam co się stało.
Rozłączyłam się. Nie uciekłam z mieszkania. Zaczęłam wynosić wszystkie rzeczy cenne z płonącej kuchni. Zajął się przedpokój, zamykam drzwi do sypialni rodziców i do mojego pokoju. Szukam psa - nie ma! Wołam, piszczy z kuchni, no to biegnę. Mama wieczorem wzięła butelkę wody do sypialni, żeby w nocy nie wstawać, wzięłam butelkę, wylałam wodę na przedpokój i w skarpetkach po stopionym, gorącym plastiku wbiegłam do kuchni, schylam się po psa, MAM, sufit na mnie spadł, wylazłam, o cholera, co robić, dobra, "run Forest!". Wbiegłam do salonu, otworzyłam okno strażakom, TAK WIEM, ŻE TO POMOGŁO ROZPRZESTRZENIĆ SIĘ PŁOMIENIOM, ALE NIE CHCIAŁAM, ŻEBY STRAŻACY WYBILI OKNO, BO TO DODATKOWE KOSZTY. Wyrzuciłam psa (mieszkam na parterze), wbiegam na przedpokój, bo telefon na szafce, wybiegam z mieszkania, strażacy wpadają. Telefon do mamy, a ta nie wierzy w co słyszy. Koniec końców - zatrucie tlenkiem węgla i liczne oparzenia rąk, drobne oparzenia twarzy (nie są teraz widoczne) i spalone włosy.
Dzień wcześniej wieszam pranie z mamą.
- Paweł, przywieź dywan z garażu!
- Mamuś, prędzej mieszkanie się spali, niż tato dywan przywiezie.
Wykrakałam. |
1,078 | Kiedy miałam siedem lat, w moim życiu miała miejsce prawdziwa tragedia.
Amelka była moją o jedenaście lat starszą siostrą. Mimo że dzieliło nas całkiem sporo lat, to świetnie się dogadywałyśmy i spędzałyśmy razem mnóstwo czasu. Amelka miała wielu przyjaciół i znajomych oraz bardzo dobry kontakt z całą rodziną. Zawsze była ciepłą i serdeczną osobą. Dlatego wiadomość, którą moja siostra usłyszała w wieku czternastu lat była wyjątkowo wstrząsająca - białaczka.
Jak wiadomo, ja wtedy jeszcze nie rozumiałam co się dzieje, ale widziałam, że wszyscy są przybici, a siostra całymi dniami siedzi w swoim pokoju i wygania mnie z krzykiem, kiedy tylko tam zaglądam. Słyszałam jej płacz każdego dnia. Ale tylko do pewnego czasu. Nie pamiętam ile dokładnie trwało jej załamanie, ale pamiętam dzień, w którym się całkiem otrząsnęła - dzień jej piętnastych urodzin. Zaczęła od zapełnienia całej ściany w swoim pokoju zdjęciami z przyjaciółmi, rodziną. Potem zaczęła prowadzić pamiętnik, co wieczór siadała na kanapie i notowała każdy szczegół minionego dnia. Następnie skróciła swoje sięgające bioder włosy i z ciemnego blondu przefarbowała je na swój ulubiony kolor - fioletowy. Przestała chodzić do szkoły, siedziała w domu i uczyła się gotować, sprzątać, szyć itd.
Kiedy nadeszły wakacje, zwiedziłyśmy z mamą i tatą wiele miejsc. Ogółem zaczęliśmy ciągle gdzieś wyjeżdżać. Zawsze kochała podróżować (chyba mam to po niej). Spędzała też dużo czasu z przyjaciółmi. Próbowała chyba wszystkiego. Rodzice to rozumieli i dawali jej pełna swobodę.
Pamiętam dzień, w którym musiała zostać na dłużej w szpitalu. Rok. Pewnego dnia wraz z mamą zastałyśmy ją w szpitalu bez włosów. Głowę zakryła chustką w kwiatki. Leżała na łóżku z worami pod oczami. Schudła przeraźliwie szybko i widać było po niej zmęczenie. Ale nadal się uśmiechała. Miała wtedy prawie siedemnaście lat. A ja mimo tego, że nadal byłam mała, rozumiałam już na co Amelka choruje i dlaczego przez ostatnie lata robiła tyle nowych rzeczy.
Moja siostra zmarła rok po tym, jak straciła wszystkie włosy. Do końca swojego życia była uśmiechnięta, pełna optymizmu, wierzyła w to, że pokona chorobę i otaczała nas wszystkich ogromną miłością. Zostawiła nam listy pożegnalne, w których opisała najpiękniejsze i najgorsze momenty swojego życia, dziękowała nam i przepraszała, dawała nam rady, przestrogi, przypominała o czymś ważnym.
Dziś mam piętnaście lat. List od siostry trzymam co noc pod poduszką i czytam przed zaśnięciem. Staram się żyć tak jak ona w trakcie choroby - żyć każdą chwilą. Stosuję się do jej rad i wskazówek. Może to nieco dziwne, ale czuję, że Amelka jest przy mnie i czuwa nade mną. Nadal strasznie ją kocham i na pewno nigdy nie zapomnę tak wspaniałego człowieka, jak moja starsza siostra. Korzystająca z życia. |
1,077 | Kolejna historia z czasów "kurierzenia".
Znajomy z firmy miał swego czasu doręczenie do saloniku prasowego mieszczącego się w Biedronce. Tak więc szybki podjazd, bo każda sekunda niezwykle ważna, paczka pod pachę i bieg do odbiorcy.
W tym samym czasie do owej biedronki wybrała się pani z pieskiem, nazwijmy go Pikuś. Jako że psów nie wolno do Biedronki wprowadzać, uwiązała go za smycz do haka holowniczego w busie kuriera.
Chłopak wrócił do auta, jedynka, gaz i dalej w trasę, a Pikuś chcąc nie chcąc za nim... Przez jakiś czas dawał radę, ale potem małe łapki już nie podołały mocy Opla Movano i ślizgiem jechał za busem. Kuriera zatrzymała policja, na sam początek zarzuty o męczenie zwierząt, kilka godzin na komisariacie, pies u weterynarza.
Paniusia w końcu się odnalazła, a finał historii taki, że kumpel dostał mandat za nieostrożność, bo powinien był sprawdzić, czy przypadkiem ktoś mu psa nie uwiązał do auta.
Paniusia niewinna. |
1,077 | W dalekiej przeszłości, kiedy miałem sobie tak około 16, może 17 lat, postanowiłem obejrzeć film na komputerze. Zwykła komedia, tak ażeby pośmiać się z tych nieudolnych, komicznych scen. Tak więc zamknąłem drzwi od pokoju, ażeby nikt przechodząc przez przedpokój mi w monitor nie zaglądał (zawsze mnie to drażniło, niezależnie co robiłem na komputerze) oraz wziąłem czipsy, by podczas spektaklu móc nasycić również zmysł smaku. Dodam, iż było lato, zatem siedziałem w podkoszulku i bokserkach.
Choć na początku w zamyśle miałem oglądnąć jakiś głupkowaty film, to podczas trwania produkcji okazało się, że fabuła jest wciągająca. W pełnym skupieniu śledzę akcję na monitorze, aż tu naglę pech - waleczny czips wyskoczył z grupy idącej na stracenie, wykonał le parkur po mojej koszuli, włączył ninja mode i teraz łapaj skurczyczipsa. Jednakże nie byłem w stanie oderwać oczu od tegoż wspaniałego filmu. Nie pomyślałem o cudzie nowoczesnej technologii, jakim jest wciśnięcie pauzy; zamiast tego, nie przestając gapić się w ekran, jeździłem dłonią po całym ciele, chcąc uciekiniera pochwycić. Odnalazłem go - ninja Czpis-san skrył się na krześle, między moimi nogami. Sięgnąłem w jego stronę...
...i wtedy drzwi od pokoju się otworzyły.
Film trwał bite dwie i pół godziny. Przez te cholerne 150 minut tylko raz, jeden jedyny raz, przez niecałe 2 minuty trwała "śmieszna" scena, w której dwaj panowie niefortunnie przewrócili się na siebie, a jako że ten na dole nie posiadał koszuli, wyglądało to dość dwuznacznie. W czasie, gdy akcja się działa, kochany synek siedział w skupieniu patrząc na ekran, jednocześnie coś tam ręką kminiąc przy swoim interesie. Rodzice dodali dwa do dwóch i wyszło im pięć. "Synek, co ty robisz?!!!1111jedenjeden", "Czeka nas rozmowa na TE tematy!", "Olaboga, wnuków nie będzie!", "Synek, mimo wszystko, my cię zawszę będziemy kochać!". A ja siedzę jak ten myśliciel i próbuję zrozumieć: co ci ludzie do mnie rozmawiają? Dopiero gdy dodałem sytuację przedstawioną w filmie do pozycji mojej ręki zrozumiałem, dlaczego rodzicom wyszło pięć. Zaraz jąłem tłumaczyć co i jak, że wciągająca komedia, że czips ninja, że poszukiwanie zbiega i tak dalej.
W końcu mama i tato dali się przekonać, że nie jestem gejem, a ta cała sytuacja to tylko spisek stworzony przez podłego czipsa. Historia ta jest przez nas niejednokrotnie wspominana, jednak tylko w naszym małym gronie. Mam nadzieję, że tej anegdotki nigdy nie usłyszą moi znajomi, bo w sumie to trochę żenujące doświadczenie z młodości...
Tytułu filmu nie pamiętam, ale był 3/11.
A zbiega w końcu znalazłem. Zmiażdżyłem skurczyczipsa nogą.
Pozdrawiam. |
1,076 | Było lato, ciągłe upały i szłam z mamą przez park. Widzimy, że pod jedną z ławek ktoś leży, a była ona blisko kosza na śmieci i krzaków więc nie wiedziałyśmy co się tej osobie stało.
A ja, że nie jestem osobą obojętną na ludzkie cierpienie podeszłam do tej ławki, widać było tylko nogi tego pana więc zaczęłam go szturchać i pytam czy potrzebuje pomocy.
A on po chwili się podnosi i mówi, żebym mu cienia nie robiła, bo ławkę od spodu dokręca i nic nie widzi… Tak to jest jak chcesz komuś pomóc :D |
1,076 | Jestem z chłopakiem od prawie 4 lat. To typ dżentelmena, nie pozwala mi nosić zakupów, przepuszcza w drzwiach itp. Jednak jakiś czas temu zaczął wchodzić przodem, czy to do sklepu, czy gdziekolwiek indziej. Nie przeszkadzało mi to, tylko zaciekawiło. Zapytałam w końcu czemu przedtem przepuszczał mnie w każdych drzwiach, a teraz wchodzi pierwszy. Mój bohater wyjaśnił, ze gdzieś przeczytał, że jaskiniowcy, wchodząc do jaskiń, wysyłali przodem kobiety, żeby w razie niedźwiedzia to one padły jego ofiarą, a on nie pozwoli, żeby coś mi się stało, więc wchodzi pierwszy, żeby stawić czoła czyhającemu niebezpieczeństwu ;-) |
1,075 | Chyba wszyscy znają powiedzenie "szukać igły w stogu siana".
Jako dziecko za każdym razem, gdy to słyszałam, zastanawiałam się kim jest ów Wstogusian i dlaczego szukanie jego igły jest takie legendarne... |
1,075 | Historia z czasów dziecięcych... miałam może z 6 lat. Mieszkałam w nadmorskiej miejscowości, gdzie praktycznie na każdym domu wisi napis "kwatery na wynajem". Jeden pokoik dla naszej 3-osobowej rodzinki, a reszta na wynajem dla turystów.
Co roku przyjeżdżali polecani "goście". Niektórzy z dziećmi w moim wieku. Któregoś razu rodzice zgodzili się, abym poszła z "wczasowiczami" na plażę, bo rodzice mieli urwanie głowy, a "goście" nalegali. Wyjątkowo wyszłam więc z nimi na plażę. Dla mnie widok codzienny i normalny - oni zachwyceni urlopem, a z nimi chłopczyk w moim wieku. Michał, blondyn. Jako mała dziewczynka "od razu się zakochałam" i on też. No i my tak wszędzie za rączkę, spacerki, dziecięce zakochańce biegają razem, bawią się.
Zabawy zabawami, zbliża się czas powrotu do domu, więc jego rodzice krzyczą: "szybko do wody wypłukać się z piasku, na ręczniki i schnąć na przebranie!". No i my tak też zrobiliśmy, za rączkę i do wody. Jednak fale były na tyle duże, że przykryły mnie i porwały kawałek, nie mogłam wstać, bo każda kolejna fala przykrywała i porywała, ale czuję na ręce mocny uścisk, który nie chce mnie puścić. To był Michał, który mimo tak młodego wieku okazał niesamowitą siłę i zaparcie, aby mnie z tej opresji wyciągnąć. Cała przerażona wyszłam z wody, jego rodzice nawet nie zdążyli zauważyć, że ich syn uratował mi życie. Gdyby mnie nie trzymał, na pewno woda by mnie zabrała, a w panice nawet nie umiałam zaczerpnąć powietrza.
Michał, jeśli to czytasz - a nigdy nie miałam okazji spotkać Cię po raz kolejny - dziękuję, bo dzięki Tobie jestem tu i mogę to napisać po 20 latach. |
1,075 | Każda kobieta marzy, aby dzień jej śluby był idealny. Miesiące przygotowań, starań, diet, zakupów i załatwiania różnych spraw. Stres i bieganina w tym właściwym dniu.
Tak było i u mnie. Wszystko dopięte na ostatni guzik, ja w wymarzonej sukni z mężczyzną mojego życia u boku. Po ceremonii w kościele przyszedł czas na zabawę do białego rana. I może tak by to wyglądało, gdyby nie prezent, który przygotowała moja przyjaciółka i druhna jednocześnie.
Zrobiła prezentację, którą została wyświetlona wszystkim osobom zgromadzonym na weselu. Goście mogli podziwiać mojego męża i ową przyjaciółkę w jednoznacznych pozach na zdjęciach zrobionych "z ukrycia". Na kilku fotkach moja druga połowa spała w najlepsze w łóżku kochanej przyjaciółki.
Teściowie zbladli, goście stali w osłupieniu, moja druga połowa krzyczała, by natychmiast to wyłączyć. A co na to druhna? "Przepraszam, Magda, ale musiałaś się przekonać jakim dupkiem jest Twój facet".
Z wesela uciekłam z płaczem, brat odwiózł mnie do domu, rodzice pozamykali wszystkie sprawy.
Po tym wspaniałym prezencie chodzę na terapię do psychologa, ale nic i nikt nie jest w stanie wyleczyć mojego złamanego serca. |
1,075 | Jestem psią behawiorystką, treserką i udzielam się w schronisku. Ze zwierzętami mam styczność każdego dnia. Nie obawiam się kłów, pazurów czy tonowego cielska. Sama jestem dumną posiadaczką psów znajdujących się na liście ras agresywnych; mianowicie chodzi o 3-letniego rottweilera Miro oraz 2-letniego doga argentyńskiego Nuszę. Psy wychowuję od szczenięcia, dołożywszy wszelkich starań, by z niebezpiecznych, krwiożerczych bestii ukształtować ich na cierpliwe, posłuszne, w miarę łagodne futrzaki.
Przez te lata pracy udało mi się to - dla mnie i moich bliskich są to kochające pluszaczki do tulenia, tarmoszenia, którym można ręką w misce grzebać, a one będą za to po twarzy lizać. W stosunku do obcych nieufni, lecz nauczeni, by nie rzucać się na każdego nieznajomego. Mogłabym dać sobie rękę uciąć, że bez powodu nawet zęba nie pokażą, ale wiadomo - psy spore, z natury skore do walki i agresji, to ludzie czują niepokój. Choć ręczę za moich chłopaków całym sercem, to mimo wszystko na każdy spacer biorę grubą smycz oraz zakładam im metalowe kagańce.
Pewnego razu wybrałam się na spacer z Miro i Nuszą. Po drodze wstąpiłam do osiedlowego sklepiku. Psiaki solidnie przywiązałam do rosnącego nieopodal drzewa i poszłam po drobne zakupy. Przez sklepową szybę zerkam na Miro i Nuszę, którzy grzecznie leżą w cieniu drzewa. I teraz zaczyna się akcja. Obok przechodziła kobieta z małym 6-, może 7-letnim dzieckiem. Chłopczyk spojrzał na oba psy i wyciągnął do nich rękę na zasadzie "mama, chcę to!". Zwierzęta duże, w kagańcach, widać, że to rasy, na które trzeba uważać. Co na to mama? Zachęca malca, by pogłaskał. Ja już nieco zaniepokojona, szybko płacę i ruszam w stronę wyjścia. Gdyby chłopiec pogłaskał Miro, to byłoby w porządku - pies przyzwyczajony do pieszczot. Ale zamiast tego dzieciak unosi otwartą dłoń i klepie rottweilera po łbie. Miro podrywa się natychmiast. Nie chciał ugryźć, nawet nie warknął, lecz chłopiec zaliczył mocne uderzenie metalowym kagańcem prosto w twarz. Padł na ziemię i w bek, psy, zaniepokojone sytuacją, wstały i zaczęły kręcić się koło młodego. Matka drze się: "Olaboga, dziecko mi zagryzą!!". Chwyciłam psy za obroże i odciągnęłam od chłopca. Zaraz telefon po karetkę, policję i wojsko. Gorszego opieprzu w życiu nie dostałam. Babsko wrzeszczało na mnie, wyzywało psy od bestii piekielnych, groziło sądem, wiezieniem i eutanazją. Jakież było jej zdziwienie, gdy pan policjant uświadomił jej, że cała ta sytuacja jest wynikiem jej własnej głupoty. Kary nie dostałam, psy żyją, baba dostała upomnienie, a chłopiec skończył z siniakiem na pół twarzy.
Piszę to, aby uświadomić ludziom, że nie zawsze to pies jest winny. Znacznie częściej za pogryzienia odpowiadają właściciele, którzy nie potrafią wychować psa lub ludzie bez mózgu i wyobraźni, a i tak zwierzę cierpi najbardziej. |
1,075 | Umówiłam się kiedyś z chłopakiem. Był to znajomy znajomego, więc w efekcie niewiele o nim wiedziałam.
Spotkanie przebiegało w miłej atmosferze i w końcu całkowicie się wyluzowałam. Podłapałam, że mamy podobne poczucie humoru i zaczęłam typowe dla siebie podśmiechujki. Jakiś żarcik o policji, Murzynach, a nawet lekko zahaczyłam o wiarę.
Mojemu towarzyszowi zrzedła mina i stał się jakiś małomówny. Ewidentnie widzę, że coś jest nie tak. Myślę sobie, że tak nie może być! Próbuję go rozweselić kolejnymi żarcikami, nie przeczuwając co się właśnie zbliża.
Kiedy w końcu się odezwał, to mnie zrzedła mina. Byłam pewna, że wyglądam jak bezmózga ameba machająca swoimi nibynóżkami na wszystkie strony, żeby wydostać się z tego bagna w jakie wpadłam.
Jego ojciec jest policjantem, a wuj księdzem.
On chodzi do szkoły policyjnej i jest głęboko wierzący.
Jego rodzice kilka lat temu adoptowali czarnoskóre bliźniaki. |
1,075 | Jakiś czas temu pracowałam w pewnym dużym markecie, nie będę przytaczać nazwy. Zatrudniał mnie pośrednik, jednak musiałam wykonywać polecenia wydawane przez kierowników hipermarketu. Jednym z nich była dość dziwna, śmierdząca (tak, nie używała dezodorantu i waliła na odległość dobrych trzech metrów) kobieta, myśląca wyłącznie o zysku dla firmy, a nie o klientach.
Ja pracowałam wówczas między innymi na stoisku wagowym, obejmującym słodycze oraz bakalie. Od tamtej pory wolę wydać więcej i kupić coś paczkowanego niż na wagę... Ale do rzeczy:
1. Długie żelki z dosyć drogiej firmy (ok 30-35 zł/kg) spadły chłopakom na podłogę podczas transportu. Zważyłam je i zaniosłam na straty. Kierowniczka X po wysłuchaniu dlaczego żelki znalazły się na półce ze stratami, kazała je wrzucić z powrotem do "kuwet". FUJ.
2. W każdej "kuwecie" ze słodyczami wycięta była kartka z terminem przydatności do spożycia. Powiedziałam X, że bananki w czekoladzie (takie pianki) mają termin do końca miesiąca i zaczynają się pokrywać białym nalotem. Powiedziała "to zamówię jeden karton, żeby była dobra data. Zostaw je w kuwetach".
3. Podróby "delicji" miały termin do końca marca... W czerwcu X kazała mi je zapakować do małych, plastikowych pudełeczek, zważyć i dać na... wyprzedaż. Do dziś serce mi się kraje, gdy przypomnę sobie starszego pana, który wrócił do mnie z pretensjami "że te ciastka są tak twarde, że nawet gołębi nie mógł nimi nakarmić". Przepraszam pana...
4. Przyszedł przedstawiciel firmy XYZ i powiedział "nie produkujemy tych truskawkowych cukierków już od dawna. Muszą być przynajmniej pół roku po terminie". Zważyłam je i zaniosłam na straty. Jak tylko wyszedł, X kazała mi je z powrotem wrzucić do kuwet...
5. W kuwecie z ciastkami zalęgły się muszki owocówki. Prosiłam, aby X załatwiła jakiś środek odkażający, abym mogła je umyć... rezultat? Kuweta umyta zwykłą wodą, a ciastka, na których siedziały te muszki (i pewnie składały jajka) wróciły do kuwety...
Nie będę liczyć, ile przeterminowanych produktów tam było... I to po trzy miesiące, po pół roku... Czasem jak przychodził ktoś starszy lub ktoś z dzieckiem, mówiłam nieśmiało np. "tych wafelków nie polecam...". Niektórzy rozumieli i dziękowali mi za uprzedzenie ich, ale tym, którzy się oburzali, że "przecież mają prawo je kupić!" no niestety ważyłam i sprzedawałam...
Tak, źle mi z tym, choć nie uważam, że to moja wina.
Nie, nie mogłam tego nikomu zgłosić. Gdybym powiedziała dyrektorowi, X zadbałaby, aby mnie wyrzucono z pracy.
Tak, X dalej pracuje i dalej śmierdzi, ale ja pracuję już gdzie indziej i mogłam się podzielić z Wami tą historią.
I tak pewnie mnie zhejtujecie za "brak reakcji", ale cóż. Ot, anonimowe wyznanie. |
1,075 | Jestem uczniem klasy licealnej na przedostatnim roku. Nie mam uprzedzeń rasistowskich, nie jestem homofobem, a co gorsza jestem ateistą. I tak, dla niektórych ludzi takich jak Sz.P. Dyrektor to są cechy (a dla niego wady), które nie przystoją porządnemu uczniowi, bo jak wszyscy wiemy każdy szanujący się licealista w moim wieku powinien wiedzieć, że homoseksualizm to zło, wszyscy oprócz białych to pomioty szatana i że trzeba padać na kolana, kiedy tylko koleś w stroju batmana powie: "Bóg".
Do naszej szkoły przeniósł się jeden nowy uczeń. Zwykły chłopak w moim wieku, tyle że czarny. Na samym początku nie było źle, jest strasznie charyzmatyczny, więc bez problemu się u nas zaaklimatyzował. Do czasu powrotu dyrektora z urlopu. Kiedy ten bezczelny grubas (nie mam zamiaru się rozdrabniać, mówię jak jest) dowiedział się, że wicedyrektor przyjął czarnego do szkoły, to zwolnił gościa, a nowego ucznia chciał wydalić. Ale że nie mógł tego zrobić bezpodstawnie, więc postanowił chłopaka zmusić do wypisania się.
Jak to zrobił? Zwołał apel (jako że nie mógł bezpośrednio namówić do nienawiści przeciwko czarnemu), na którym to podsycił uczniów przypominając co zrobili imigranci z Somali w Szwecji, powiedział też, że takie osoby nie zasługują na miano katolików oraz że są zagrożeniem dla nas, jak i naszej niepodległości. Jak to usłyszałem, to myślałem, że wejdę tam i mu tak po staropolsku je*nę. Jak jeden czarny chłopak WYCHOWANY W POLSCE może zagrażać naszej niepodległości?! Co stało się potem było proste do przewidzenia, Maciek (będę go tak nazywał do końca tej historii) stał się obiektem skrajnej nienawiści ze strony bardziej radykalnych uczniów, bo duża część z nas wiedziała, że to co robi dyrektor jest złe.
W dużym skrócie: Maciek został dwa razy pobity, codziennie obrażany i poniżany mimo naszych (to jest - moich i innych uczniów o zdrowym umyśle) prób zatrzymania tego pandemonium. Co więcej, zostałem wezwany na dywanik jako rzekomy "lider antypatriotycznego ugrupowania". Ten gnój groził mi, że wyrzuci mnie ze szkoły, ale ja jestem Polakiem i tak łatwo się nie poddaję. Powiedziałem, że pójdę z tą sprawą do prokuratury, to mnie wyśmiał. I miesiąc później płakał.
Cóż... Minęły cztery miesiące, od kiedy mamy nowego dyrektora. Prokuratura uznała, że stary nadużywał swojej pozycji przeciwko niewinnemu uczniowi. I tutaj mój apel do was: nie stójcie bezczynnie, kiedy jesteście świadkami takich sytuacji, nie każdy czarny czy brązowy jest terrorystą, nie każdy Azjata ogarnia fizykę kwantową i nie każdy biały to rasista. Trzeba bronić praw człowieka, bo inaczej tym światem zaczną rządzić ludzie tacy jak ten gruby ciul.
Każdy ma prawo do normalnego życia, niezależnie jaki ma kolor skóry. Jestem młodym patriotą i kocham mój kraj, ale czasami mam wrażenie, że bez wzajemności. |
1,074 | Zawsze kiedy ktoś poruszał temat samoobrony, moja dziewczyna mówiła, że umie się bronić. Przymykałem na to oko, bo była dość słaba.
Kiedyś umówiliśmy się w parku. Kiedy przyszedłem, ona tam była, stała i patrzyła na jezioro. W ramach zabawy podszedłem do niej cichutko od tyłu i jedną ręką zatkałem usta, a drugą złapałem w pasie. Nie zdążyłem jej jeszcze puścić, a ona już kopnęła mnie w jaka, wyślizgnęła się z mojego uścisku, przewróciła mnie na ziemię, kopnęła parę razy w brzuch i zaczęła uciekać. Dopiero jakieś 6 metrów ode mnie zorientowała się, że to ja.
Później nie miałem wątpliwości co do jej siły. |
1,074 | W zeszłe wakacje pracowałem w Niemczech jako pomoc kuchenna. Ogólnie bardzo miła atmosfera, jedna Polka, kilku Niemców i Rumun. Oczywiście Polka niektórym się podobała, więc chcieli ją poderwać, ale tylko Rumun wpadł na pomysł, aby nauczyć się kilku zwrotów po polsku. A kto inny znał polski??? Ja.
Nauczyłem go jak mówić: „kwiatuszku”, „moje słoneczko”, ale w pewnym momencie zaczął mnie już wkurzać. Pracy pełno, nie ma czasu odsapnąć, a on mi truje tyłek o naukę polskiego. Miarka się przebrała, jak zapytał się jak jest „Kocham cię”.... Niesamowicie wkurzony, że traci mój cenny czas, odpowiedziałem: „Wyruchaj mnie w dupę”. Widząc skonsternowanie na jego twarzy wytłumaczyłem mu, że polski jest ciężkim językiem. Po niemiecku jest „Ich Liebe dich”, po angielsku „I love you”, a po polsku „wyruchaj mnie w dupę”. Już po chwili chodził po restauracji i powtarzał po cichu "wyruchaj mnie w dupę".
W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany moment, jako że dziewczyna stała dość daleko od niego, to zaczął krzyczeć na całą restaurację:
- Zuzia! - a gdy już przykuł jej uwagę dodał - Wyruchaj mnie w dupę!
Zuzia z niedowierzaniem w oczach odpowiada:
- Co?! Pocałuj?!
Gdybyście mogli zobaczyć akt desperacji w oczach Rumuna, miał wzrok niczym lis pogryziony przez królika, ale znając troszkę polski zaczął improwizować:
- Nie! Nie! Wyruchaj!
Do dzisiaj żałuję, że nie udało mi się tego nagrać :D
PS Już nie chciał, żebym go uczył polskiego :) |
1,074 | Niedziela, mecz Euro Polska - Irlandia i jednocześnie 74 urodziny mojej babci, która to na prezent zażyczyła sobie, byśmy całą rodziną szli do operetki na "Księżniczkę Czardasza".
No więc idziemy.
W trakcie gry aktorskiej jeden z książąt do generała:
- Generale! Ty tutaj? Nie na meczu?
Wszyscy się śmieją.
Końcówka przedstawienia, główna bohaterka odgrywa moment załamania, ten sam aktor co poprzednio gra, że jest na nią wściekły. Sadza ją na kanapie i mówi wkurzony:
- Już mnie denerwujesz! Masz szczęście, że nasi jeden zero wygrali!
I kto powiedział, że kultura wyższa jest nudna? |
1,074 | Czerwiec, jakieś 5-6 lat temu.
Mieliśmy z tatą w planie zrobić przegląd auta i zakupy.
Dziwnie jednak pobolewał mnie brzuch, miałam w tym czasie okrutnie nieregularne, bolesne i bogate w urozmaicenia miesiączki.
Do rzeczy.
Zaparkowaliśmy przed OSKP, tata wysiadł by o coś zapytać, a mi zebrało się na "cichego bączka", jednakże ten okazał się być dziwnie mokry.
Niewiele myśląc, wsadziłam sobie łapsko w majty niczym Löw, by się utwierdzić, że wszystko jest OK. Niestety nie było. Narobiłam w porty na nieświadomce.
Tata wracając do auta, zapytał tylko "co tu tak wali ?!", moja mina mówiła sama za siebie. Czym prędzej pobiegłam do toalety, tfu, DOCZŁAPAŁAM się jak kaczka z wiszącym kuprem.
Z tego miejsca przepraszam wszystkich klientów, którzy korzystali tego dnia z toalety.
Musiałam tam zostawić majtki, w koszu.
Tata nie odpuścił.
Zakupy bez gatek i z papierem w spodniach były fenomenalne. |
1,074 | Od jakiegoś czasu wraz z mężem lubujemy się w czytaniu historii na Anonimowych, dziś postanowiłam opisać naszą.
Lat temu kilka zaczęłam swoją pierwszą pracę. Nie było to nic szczególnego, duża rotacja pracowników, ale poznałam tam kilka fajnych osób. Można nawet powiedzieć, że z kilkoma się zaprzyjaźniłam, pracowałam tam już ponad rok, gdy z moim ówczesnym chłopakiem (narzeczonym) stwierdziliśmy, że czas zalegalizować nasz związek, gdyż mój luby był o wszystkich zazdrosny. Zwłaszcza o mojego najlepszego kumpla z pracy, który bardzo często pomagał mi (zarówno w pracy, gdy potrzebowałam czyjejś pomocy, jak i w życiu już czysto prywatnym). Miał on wtedy dziewczynę, więc z naszego punktu widzenia układ czysty, niestety nasi partnerzy byli innego zdania. Po jakimś czasie partnerka mojego przyjaciela z nim zerwała, w sumie to powodów nie znamy. A ja szykowałam się z moim lubym do ślubu.
Na 4 miesiące przed ślubem zaczęłam źle się czuć, bolały mnie kości, stawy, wszystko. Do tego stopnia, że nie dałam rady pracować i normalnie funkcjonować. Lekarz, badania, kolejne badania. Diagnoza - rak kości. Dwa miesiące przed ślubem trafiłam na chemię, jedną, drugą... Ślub odwołany, luby stwierdził, że ważniejsze jest moje leczenie... OK... Potem z dnia na dzień pojawiał się rzadziej, rzadziej, aż któregoś dnia dostałam SMS-a, że on już nie daje rady, że ma nadzieję, że wyzdrowieję, ale on nie może patrzeć jak się męczę. I tak oto zostałam sama. Na szczęście nie do końca, dalej odwiedzali mnie znajomi i mój przyjaciel. :) Jemu nie przeszkadzało, że nie mam włosów, że nie wiadomo, w jakim nastroju mnie spotka, gdy przyjdzie. Nie przeszkadzało mu, że amputowali mi rękę po to, żeby ratować mi życie. Jak później się okazało, brak tej właśnie ręki skłonił mojego ówczesnego narzeczonego do zostawienia mnie...
Po długim leczeniu moje życie wróciło do normalności, lekarz stwierdził remisję, a ja nadal z toną leków wróciłam do domu, a przede wszystkim do normalności.
Do pracy wróciłam, szef mnie bardzo lubił, więc dostałam "awans" i zamiast w teren trafiłam do biura, więc moje życie wyglądało w miarę normalnie. Znajomi, przyjaciele, praca i życie w przekonaniu "kto będzie chciał dziewczynę bez ręki?". Był taki ktoś cały czas tuż obok, a ja głupia nie dostrzegałam go prawie 2 lata. A on bał się ujawnić. Któregoś wieczoru zabrał mnie na kolację, często chodziliśmy coś zjeść razem, więc nie było to dla mnie nic dziwnego. Tym razem pizzeria zamieniła się jednak w elegancką restaurację - tak, wyznał mi miłość.
Przez całą chorobę wspierał mnie, troszczył się, a ja na niego krzyczałam, nieraz, gdy bolało, wyrzucałam go z sali. A on za każdym razem wracał.
Teraz mamy dom, psa. No i niedługo pierwszą rocznicę ślubu :)
Polecam wychodzenie z friendzone'u :) |
1,073 | Nigdy nie sądziłam, że mój pierwszy "pocałunek" będzie ratował komuś życie.
Ale wcale nie żałuję :) |
1,073 | Pracuję w geodezji, rok po studiach, w trakcie studiów magisterskich.
Idziemy z dwoma kolegami z zespołu w mieście odszukać granicę na jednej z posesji. Idę z GPS-em i łopatą w drugiej ręce. Przechodzą obok nas 2 dziewczyny, w wieku około 18-20 lat, patrzą się na nas i jedna do drugiej mówi:
- Zobacz, tak wygląda praca, jak się nie studiuje.
Jak widać, nie warto studiować. |
1,073 | Historia krótka i treściwa.
Dzisiaj szłam ulicą, nagle poczułam coś na głowie.
To była kupa.
Nie. To nie była ptasia kupa.
To była ludzka kupa.
Podsumowując: jakiś miły pan rzucił we mnie gównem z okna i zaczął się śmiać.
Ach, ci dowcipnisie :/ |
1,073 | Kiedy byłam w szóstej klasie podstawówki zauważyłam, że moje koleżanki zaczęły "na poważnie" umawiać się z chłopakami. Byłam tym bardzo przejęta, gdyż sama nigdy wcześniej nie byłam zakochana, nawet w ulubionym aktorze czy piosenkarzu.
Minęło. Poszłam do gimnazjum. Zmieniłam klasę, w ekspresowym tempie poznałam aż trzy nowe przyjaciółki. Uprzedzę was - to nie jest historia o fałszywych przyjaciółkach. Kocham je z całego serca do dzisiaj, okazały się najlepsze na świecie i nadal jesteśmy paczką.
Często gadałyśmy o chłopakach. Zawsze któraś z nich znajdowała sobie nowy obiekt westchnień, a ja tylko raz miałam taki przebłysk "lubienia kogoś". Zauroczenie trwało długie dwa dni.
Pewnego razu siedziałam sama w szkolnym bufecie. Obok mnie siedziały dziewczyny z równoległej klasy. Usłyszałam, że rozmawiają o rzeczach, którymi akurat bardzo się interesowałam. Wśród nich była ona - inicjatorka rozmowy, nazwijmy ją Wiktoria. Wiedziałam, że była jedną z popularniejszych dziewczyn w szkole. Miała też za chłopaka, największego przystojniaka w szkole. Słyszałam, z jaką radością mówiła o swojej pasji, która była też moją pasją. Przyglądałam się jej i nie mogłam spuścić jej z oczu. Zauważyłam też, że jest naprawdę ładną dziewczyną. Poczułam dziwne ukłucie w sercu, wtedy jeszcze nic z tego nie rozumiałam.
Przyjaciółka wróciła do stolika i zaczęła do mnie mówić, ale ja nie mogłam skupić się na jej słowach. Wiktoria wyszła z bufetu, a mnie zrobiło się przykro.
Zakochałam się w niej i była moją pierwszą miłością. Zajęło mi dwa miesiące przyznanie się do tego przed sobą, potem powiedziałam przyjaciółkom tak wprost o wszystkim, co czuję. Ufałam im najbardziej na świecie. Pocieszały mnie, wspierały i mówiły, że wszystko jest w porządku. A ja powoli uświadamiałam sobie, że to uczucie, które nie może istnieć. Że nas nie ma i nigdy nie będzie. Pogodziłam się z tym.
Trzecia klasa gimnazjum. Nadal ją kochałam. Chodziłam za nią po szkole, smuciłam się, gdy ona była smutna. To była obsesja, a ja nie mogłam nad nią zapanować.
Pewnego razu wpadłyśmy na siebie w szatni. Wypadło jej z ręki zdjęcie naszego ulubionego zespołu. Powiedziałam tylko "Ojej, też ich uwielbiam!". Zaczęłyśmy gadać częściej. I częściej się spotykać. Łączyło nas wszystko. Coraz bardziej ją kochałam. Nie była już ze swoim chłopakiem.
To było po zakończeniu trzeciej klasy gimnazjum, u mnie w domu. Powiedziała mi, że prawdopodobnie przeprowadza się do miasta 500 kilometrów ode mnie. Działałam szybko.
Pocałowałam ją. Powiedziałam, że mam dość, że kocham ją od cholernych trzech lat i że teraz może zareagować jakkolwiek chce, że już nic się nie liczy.
Nie przeprowadziła się. Aktualnie mój aniołek cichutko sobie chrapie na naszej kanapie i nawet nie spodziewa się, że piszę o nas wyznanie. |
1,072 | Mam 19 lat. Moi rodzice nie pracują, jedyne co robią to piją. Dniami i nocami piją. Ja już do tego przywykłam, moje starsze rodzeństwo również. Może im jest trochę łatwiej, bo nie mieszkają już z nami, siostra całkowicie nie przyznaje się do nas przed bogatą rodziną swojego męża.
Codziennie po szkole pracuję w fast foodzie, żeby mieć za co zjeść, za co się ubrać itp. Rodzice nie wiedzą, że pracuję, jakby się dowiedzieli, pracowałabym na ich wódkę, a chyba przepicie pieniędzy z MOPS-u już wystarcza. Na prawko, czyli największe moje marzenie, odkładałam bardzo długo. Miałam wyliczoną każdą złotówkę.
Egzamin teoretyczny? Bułka z masłem. Praktyczny? Wydawało mi się, że też, ale do momentu. Do momentu aż głupi pajac nie wybiegł mi na pasach, do tego uśmiechając się głupkowato. Wiedziałam, że zrobił to specjalnie, a egzaminator okazał się typowym ch***** i egzamin zakończył się natychmiastowo. Dla mnie poprawienie egzaminu to kolejne pieniądze, nie zarabiam dużo, jak odejmiemy pieniądze za jedzenie (rodzicom też kupuję), moje leki na tarczycę i inne podstawowe rzeczy to zostają mi serio grosze. Więc nawet 10 zł odłożyć mi jest ciężko.
Szybko jednak mogłam się koledze odwdzięczyć. Koleżanki wyciągnęły mnie do baru na piwo, i tam spotkałam właśnie tego śmieszka. Nie poznał mnie, zaczął zarywać, a ja... a ja całkiem przypadkiem zamówiłam na jego koszt kilka najdroższych drinków dla siebie i koleżanek. Nie jest mi go szkoda, to jeden z bananów, któremu rodzice dają wszystko. Więc nie docenia pieniądza.
Może teraz doceni, po tym jak zabrakło mu kasy, a właściciel kazał mu umyć łazienki, kuchnie i całą salę.
Tak, jestem z siebie dumna. Tak, zdałam egzamin za 2 razem. |
1,072 | Plan na weekend był prosty. W sobotę rano wyjazd nad jezioro ze znajomymi. Przed wyjazdem miałem jeszcze podjechać do urzędu coś załatwić.
Noc z piątku na sobotę prawie nie spałem, oglądałem mecz do 3 rano. A na meczu zgłodniałem i zrobiłem sobie ucztę z parówek, w końcu studencki żołądek podoła wszystkiemu. Po zaledwie kilku godzinach snu pobudka, ogarnięcie się i w drogę.
Po kilkunastu minutach w aucie odezwały się moje jelita, ale myślałem, że to tylko poranna dwójeczka, więc spokojnie jechałem do urzędu, z myślą, że tam zrobię swoje. Jednak gdy wysiadłem nagle wypłynęły ze mnie nocne parówki. Po prostu zesrałem się w majty na rzadko. Nie byłem w stanie powstrzymać tego strumienia. Wstyd jak cholera. Ale no nic, trzeba coś z tym zrobić.
Przez 10 minut chodząc z wypadającym nogawką gównem szukałem jakichkolwiek krzaków. W końcu znalazłem, ściągnąłem spodenki i majtki, toną chusteczek wytarłem kupę z tyłka i nóg, założyłem świeże majty i spodnie (dobrze, że miałem bagaż na wyjazd, nie wiem co bym bez niego zrobił). Potem przez pół godziny próbowałem zmyć z siebie resztki gówna i wstydu w urzędowej ubikacji.
Przepraszam, jeżeli ktoś natknął się na moje obsrane spodenki w tych krzakach. Nie miałem co z nimi zrobić.
Nie polecam parówek. Zwłaszcza z promocji. Zwłaszcza o 2 w nocy. |
1,071 | Od pewnego czasu farbuję się na mój ulubiony kolor - szary. Niestety barwa ta utrzymuje się na moich włosach przez maksymalnie tydzień, a potem schodzi do zwykłego blondu.
Po ostatniej wizycie u fryzjera, machając swoimi lekkimi, pięknie pachnącymi szarymi włosami, udałam się na przystanek autobusowy, na którym zaczepiła mnie pewna kobieta w średnim wieku mówiąc, że trzymam się świetnie jak na swój wiek i pytając jakich kosmetyków używam.
Mam 18 lat. |
1,071 | Kiedy jeszcze mnie nie było na świecie, moi rodzice i ich znajomi uwielbiali grać w chińczyka, zawsze wieczorem była gra w chińczyka przy jakimś trunku. Nieraz nawet moja ciocia, gdy była w związku ze swoim przełożonym okłamywała go, że ją coś boli, on ją puszczał do domu, a ona przychodziła do moich rodziców na chińczyka.
W tamtym okresie mój tata lubił nosić skórzane kurtki i miał wąsa (swoją drogą, ma go do teraz), ogółem typowy badass jak na tamte czasy.
Pewnego dnia, gdy moi rodzice byli na typowym rynku, mój tata postanowił podejść do straganu z zabawkami, żeby kupić nowego chińczyka, podszedł do kobiety, która tam sprzedawała i powiedział:
- Dzień dobry, jest chińczyk?
Kobieta z przerażeniem odpowiada: - Nie, nie ma.
Na co mój tata spokojnie: - No to jak nie ma, to do widzenia! - I odszedł w stronę mojej mamy.
Nagle podbiegła do nich ta kobieta ze straganu i pyta się mojego taty ze strachem:
- Przepraszam pana, ale co pan chciał od Chińczyka?
- Nic, zagrać.
- Aaa, to panu chodziło o grę chińczyk!
- No tak, a co pani myślała?
- No bo wie pan, mój szef jest Chińczykiem i myślałam, że pan w jakichś interesach do niego.
W ten sposób mój tata został wzięty za jakiegoś mafiozę, a chciał tylko pograć w chińczyka. |
1,070 | Kilka lat temu, jak byłam w gimnazjum, a moi rodzice rozstali się, mój ojciec wyjechał sobie na wakacje do Afryki. Nic mi nie wspomniał o wyjeździe, nie zaprosił, już go nie interesowałam. Moja mama była akurat wtedy bez pracy i nie stać ją było na jakiekolwiek wakacje. Roztaczała się przede mną wizja siedzenia dwóch miesięcy w domu. Ale, ale... ja sobie nie zorganizuję fajnych wakacji?
Przez jakiś tydzień dzień w dzień przebierałam się w plażową sukienkę, rozkładałam na podłodze koc, smarowałam się kremem do opalania i samoopalaczem, nalewałam do szklanki Frugo, udając że to egzotyczne drinki, a na koniec włączałam "Słoneczny patrol".
Żałuj, "tato", że nie chcesz spędzać wakacji ze swoją jedyną córką, ja bez Ciebie się bawię wybornie! |
1,070 | Historia o uciekających godzinach podczas usypiania (OKIXi) przypomniała mi sytuację z mojego życia. Zagadka tamtego dnia pozostaje do dziś nierozwikłana i wciąż tak samo mnie zastanawia.
To było nie dalej niż w drugiej klasie podstawówki. Prawie wszystkie lekcje mieliśmy z jedną nauczycielką, a prace domowe zadawane były na bieżąco (np. zadanie z książki, które omijaliśmy, od razu było zaznaczane do zrobienia w domu, ale lekcja wciąż trwała).
Któregoś razu na lekcji wychowawczyni zadała właśnie pracę domową i wypuściła nas na przerwę, po czym, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, po przerwie zaczęła tę pracę domową sprawdzać! Oczywiście dostałam jedynkę, nauczycielka rozczarowana, każdy patrzył na mnie jak na podczłowieka, a ja zupełnie nie rozumiałam o co chodzi! Toć przecież minęło 10 minut, jak to się stało, że wszyscy mają pracę domową?! Skarżyłam się koleżance, że jak to, że skąd wiedziała, dlaczego mi nikt nie powiedział i w ogóle jak zdążyliście zrobić pracę domową w ciągu przerwy! Patrzyła na mnie jak na kosmitę, czemu się nie dziwię dzisiaj, bo pewnie brzmiało to jak brednie i jakieś bardzo marne próby tłumaczenia braku zadań domowych.
Tymczasem po jakimś czasie (nie pamiętam już - krótszym czy dłuższym) uświadomiłam sobie, że zupełnie nie pamiętam tego dnia. Po prostu jakbym przechodząc przez drzwi sali przeszła przez jakiś portal. Nie pamiętam nic od momentu wyjścia z klasy do momentu, kiedy już siedzę w ławce i wiem, że zaraz dostanę jedynkę.
Ot, taka zagwozdka. |
1,070 | Odkąd pamiętam uwielbiam zwierzęta. Jak byłam mała (1-2 klasa szkoły podstawowej), często zdarzało mi się przynieść do domu jakiegoś kota. Oczywiście były to już odchowane malce. Z racji tego, że mieszkałam na dużej gospodarce, miały one warunki do życia. Rodzicie nigdy (na moje szczęście :D) nie pogonili z domu ani mnie, ani żadnego kota.
Pewnego razu zapomniałam zamknąć drzwi na korytarz i niestety jeden z tych malców bezczelnie mi nawiał. Chodziłam po wiosce, szukałam, wołałam, ale niestety go nie znalazłam. Uciekł. W czasie moich poszukiwań sąsiedzi dziwnie się na mnie patrzyli.
Teraz już wiem dlaczego. Jako mały szkrab nie miałam pomysłu jak nazwać mojego nowego kolegę. Z pomocą przyszła moja kochana siostra, która jest starsza ode mnie o 10 lat i miała pojęcie o rzeczach, o których mi się jeszcze wtedy nie śniło.
Cóż, musiało to wyglądać przekomicznie, kiedy drogą wędrowała sobie mała dziewczynka, z dwoma kucykami na głowie, w kolorowej sukieneczce i głośno (z zaznaczeniem na głośno) wołała: "Plemnik, kici, kici. Plemnik!!".
Uwielbiam Cię, siostro :)
PS Jakiś pomysł, jak "zemścić się" na jej dzieciach? :P |
1,070 | Słowem wstępu: siłownia to mój drugi dom. Dwa dni temu wypadał mi tzw. dzień nóg i dorobiłam się potwornych zakwasów. Było gorzej niż zazwyczaj, dosłownie nie mogłam wstać z krzesła, a schody wydawały się Mount Everestem.
A co do historii: wczoraj zgodziłam się iść do restauracji ze znajomą (mimo że praktycznie nie mogłam się ruszać) i było całkiem miło i przyjemnie, póki nie musiałam iść do toalety. Weszłam do kabiny i stwierdziłam, że przy okazji poprawię sobie wsuwki we włosach. Miałam ich z 5 i na moje nieszczęście udało mi się upuścić prawie wszystkie. Chcąc je pozbierać musiałam zginać się wpół kilka razy, wydając przy tym bardzo dwuznaczne dźwięki...
Po wszystkim wyszłam z kabiny i zobaczyłam kobietę z 5-6-letnim dzieckiem. Kiedy je, minęłam dziewczynka powiedziała półgłosem "Mamo, ta pani robiła tak jak wy z tatą w nocy".
Nie wiem kto w tej sytuacji miał większe powody do spalenia buraka :D |
1,070 | Mój związek jest pełen zbiegów okoliczności.
Poznaliśmy się na grze, którą uwielbiamy.
Nasze matki mają tak samo na imię.
Nasi ojcowie mają tak samo na imię.
Nasze babcie mają tak samo na imię (od strony mamy).
Nasi dziadkowie mają tak samo na imię (od strony mamy).
Nie, nie jesteśmy rodzeństwem, ale zdecydowanie jesteśmy sobie pisani :D |
1,069 | Każdy ma jakąś rzecz, która go odpręża. Dla jednych to przeczytanie dobrej książki, dla innych wyjście z przyjaciółmi.
A dla mnie jest to malowanie paznokci. Niby nic niezwykłego, ale uwielbiam, kiedy ten gęsty płyn pokrywa moje paznokcie, zapach lakieru mnie koi, a jaskrawe kolory cieszą oko. Jaki więc problem? Jestem 22-letnim, studiującym facetem.
W swoim życiu już nie raz miałem jakąś dziwną sytuację z tym związaną.
Na przykład jakieś 3 miesiące temu po wyjątkowo ciężkim dniu zacząłem malować paznokcie. Mam olbrzymią kolekcje lakierów (ponad 100 buteleczek) i zwykle wszystkie wyciągam na mały stolik. Tego dnia mój zmęczony mózg niezbyt dobrze radził sobie z przetwarzaniem wszystkich danych i zasnął.
Obudził mnie kilka godzin potem dźwięk dzwonka do drzwi (mieszkam z 1 dziewczyną, ale wtedy była nieobecna). Z ultra przyspieszeniem dopadłem wrót mego domostwa i otworzyłem je. W progu stali moi kumple z roku. Wbili mi do mieszkania głośno krzycząc, wymachując wódką i chipsami.
Kiedy dotarli do kuchni zobaczyli moje skarby, najpierw żartowali z mojej współlokatorki, ale potem... Przypomnieli sobie, że nie ma jej od tygodnia, a ja bym przecież posprzątał (jestem pedantem). I wtedy się zaczęło.
Panika. Strach. O mało nie wezwali policji. Bo przecież do mojego domu ktoś się włamał! Nie dość, że porozwalał lakiery koleżanki, to jeszcze pomalował mi rękę "tym gównem".
Na szczęście udało mi się ich przekonać, że to moja siostra mnie odwiedziła, i że to wszystko jej sprawka.
UWIERZYLI (a jestem okropnym aktorem).
Mam problem.
Maluję sobie paznokcie.
Jestem otoczony bandą idiotów.
I absolutnie nikomu o tym nie powiem (wiecie tylko wy i 1 osoba). |
1,069 | Mam taką dziwną przypadłość, że kiedy ktoś na mnie niezasłużenie krzyczy, to zaczynam płakać. A w zasadzie to zanosić się spazmatycznym, niepohamowanym i niekontrolowanym szlochem. Może to jakieś zaburzenie bądź trauma. Nie zastanawiałam się nad tym nigdy dogłębnie, bo zdarzyło mi się to z tego co pamiętam zaledwie kilka razy w życiu. Pominę te z życia prywatnego, te ze szkoły są śmieszniejsze:P
1. Szkoła podstawowa - nauczyciel od niemieckiego nakrzyczał na mnie w czasie sprawdzianu, bo kiedy tłumaczył jedno zadanie, ja pytając o szczegóły nieświadomie podałam odpowiedź. Rozpłakałam się strasznie, cała zasmarkana dokończyłam sprawdzian. Nauczycielowi się zrobiło głupio, do końca roku był dla mnie bardzo miły.
2. Gimnazjum - tym razem opiernicz nauczyciela od chemii za błąd w zadaniu na tablicy, który zrobiłam niechcący (nauczyciel przygotowywał mnie do kolejnego etapu konkursu z chemii i wiedział, że dobrze znam ten materiał). Wstyd mi było jak nie wiem, że się tak zanoszę płaczem, ale nie byłam w stanie przestać, po prostu fontanna łez, siedziałam cała zasmarkana i zapowietrzająca się przez dobre kilkanaście minut. Już pierwszy spazm uciął przykre słowa nauczyciela, który zaczął kontynuować lekcję jak gdyby nigdy nic. Jak tylko zrobiło się ciszej, ja przesiedziałam chlipiąc całą lekcję. Potem rozmawiał z moimi rodzicami, że powinni mi wytłumaczyć, że każdy popełnia błędy, nie jesteśmy doskonali... Nie wiem, czy chodziło o mnie, czy o niego. Ale nigdy więcej nie był dla mnie niemiły.
3. Ech... Studia. Serio. Zajęcia z niemieckiego zawodowego. Odpowiadam na jakieś pytanie używając słowa "Orangensaft". Kobieta od niemca mnie poprawia: "Oranżenzaft". Ktoś wcześniej źle nauczył, bo do tej pory wymawiałam przez "g". Więc odpowiedziałam pytająco, żeby się upewnić: "Oranżenzaft?" I dostaję opiernicz, że jestem bezczelna i że kwestionuję kompetencje wykładowców i coś tam jeszcze. No i włączyła się moja niekontrolowana reakcja obronna. Babka zdębiała. Ja, dorosła kobieta spazmatycznie i donośnie szlocham, ona każe mi się uspokoić, ja mówię, że nie mogę, cała grupa patrzy na mnie zszokowana, ja płaczę jeszcze bardziej i tak do końca zajęć. W szkole to było przynajmniej jedyne 45 minut zajęć, na studiach 1,5 h... Babka powiedziała mi tylko na koniec, że będę miała ciężko w życiu i nigdy więcej nie była kąśliwa.
Ech, jeżeli płacz to broń kobieca, to ja jestem chyba zamachowcem samobójcą... |
1,069 | Wiele jest tu historii o zachowaniach Niemców wobec Polaków podczas II wojny światowej. Ja też mam jedno usłyszane od mojej niestety zmarłej już cioci.
Niemieccy żołnierze mieli w zwyczaju przeszukiwać domy Polaków, aby sprawdzić, czy nie ma tam ukrytych Żydów. I właśnie takie przeszukiwanie postanowili zrobić w domu mojej cioci, która miała wtedy koło 3 lat. Nie za bardzo wiedziała, co się właściwie dzieje i gdy Niemcy kazali ustawić się wszystkim domownikom w salonie, ona zaczęła śpiewać hymn Polski. Jej rodzice i rodzeństwo zamarli, zastanawiając się pewnie czy zabiją wszystkich, czy może oszczędzą chociaż dzieci. Nic z tych rzeczy.
Jeden żołnierz podszedł do cioci, poklepał ją po głowie, powiedział koślawo po polsku "bardzo ładnie" i jeszcze wręczył małego pluszowego misia. |
1,069 | Mój dziadek był leśniczym. Jako "dorosłej" ośmiolatce każdy ostatni miesiąc wakacji pozwalał spać z nim w takiej wypasionej wieżyczce leśniczej. Dom dziadków był od niej oddalony o 2 kilometry.
Oglądaliśmy wtedy codziennie wschody słońca i podróżowaliśmy cały dzień po lesie (zachodząc tylko do babci po obiad).
Któregoś pięknego poranka wstałam wcześniej od dziadka. Nie było wolno mi chodzić po lesie samej, ale wpadłam na genialny pomysł. Postanowiłam zawieźć babci wcześniej nazbierane grzyby, żeby nie musieć wracać do domu tego dnia.
Mój dziecięcy móżdżek w tym cudownym planie nie brał pod uwagę ubrań czy butów. Tak więc o czwartej rano przez las biegnie bosa ośmiolatka z długimi poplątanymi brązowymi lokami w białej koszuli nocnej. Biegnę sobie szczęśliwa i nagle BUM!
Przewróciłam się o jakiś kamień czy korzeń.
Z buzi leci krew, panika, szybkie ogarnięcie sytuacji... trzy zęby na ziemi.
Jako że byłam tym rodzajem dziecka, które całe dzieciństwo nosiło się w siniakach i zadrapaniach zdobytych podczas zabaw, trzy stracone zęby były błahostką.
Tak więc bez większego przejęcia biegnę zasłaniając usta dłonią, z której wyciekała nadal krew i naglę słyszę dźwięk stłuczonego szkła. Zatrzymuję się, odwracam szybko, a tam trzech miejscowych pijaczków. Ja stoję i patrzę na nich, oni znieruchomieli w różnych przypadkowych pozycjach. Wszyscy stoją tak w milczeniu przez kilkanaście sekund. Nagle doszło do mnie jak to wygląda i zaczęłam im tłumaczyć wszystko... To znaczy chciałam, bo udało mi się tylko wydać z siebie jakiś dziwny bełkot.
Przysięgam, że nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś w takim wieku tak szybko biegł wrzeszcząc, wzywając Boga i płacząc równocześnie.
PS Okazało się później, że rozwiązałam dziadkowi problem, bo pijaczkowie nigdy więcej w lesie się nie pojawili i nie zostawiali butelek oraz śmieci. |
1,069 | Ostatnio postanowiłam kupić skarbonkę, aby zaoszczędzić trochę pieniędzy. Dla żartu przykleiłam do niej karteczkę: "Leczenie psychiatryczne".
Gdy zobaczyła to moja rodzinka, z chęcią zaczęli wrzucać pieniądze... |
1,069 | Tak się jakoś złożyło, że moja przyjaciółka to dokładna odwrotność mnie.
Ja mam brązowe włosy, ona blond.
Moje imię zaczyna się na M, jej na W.
Ja kocham psy, ona koty.
Mam rodzeństwo, ona jest jedynaczką.
Uwielbiam Rosję, ona Turcję.
Jestem praworęczna, ona lewo.
Chodzę spać ok. 3 rano, za to ona ok. 21.00.
Ja jestem uzdolniona muzycznie, ona nie jest nawet w najmniejszym stopniu.
Nie jestem ani troszeczkę cierpliwa, za to jej cierpliwość przerasta ludzkie pojęcie.
Bardzo szybko się poddaję, a ona jest najbardziej wytrwałą osobą, jaką znam.
Jej nikt nie potrafi zdenerwować, oprócz mnie. (Nikt nie wierzy, że ona może się na kogoś zdenerwować. A tu, tadam! Jestem ja i w 2 sekundy potrafi zrobić się czerwona ze złości).
Mnie denerwuje każdy, poza nią.
Nie lubię zostawać sama, ona to uwielbia.
Lubię książki, ona zaś filmy i seriale.
Kiedy ja przeżywam książkę (płacząc albo piszcząc jak opętana), ona oznajmia mi ze stoickim spokojem i obojętnością, że jej ulubiona postać umarła, i że teraz lubi inną.
Jestem przewrażliwiona i potrafię rozryczeć się z głupiego powodu, za to jej nigdy nie widziałam płaczącej.
Jestem bardzo ambitna i robię wszystko po trochu, za to ona wykonuje tylko to co musi i to co jej się podoba.
Mam dużo ograniczeń, za to ona może robić co jej się żywnie podoba i doskonale o tym wie.
Ostatnio, gdy miałyśmy robione testy związane z zainteresowaniami i chciałyśmy być razem w grupie, pani oznajmiła nam, że to absolutnie wykluczone, gdyż nie miałyśmy żadnych wspólnych zainteresowań.
Naprawdę nie wiem, na jakiej podstawie się zaprzyjaźniłyśmy :) |
1,068 | Ściągałam spodnie i telefon wypadł mi do toalety.
Wyciągnęłam - bo co miałam zrobić?
Z bijącym ze zdenerwowania sercem wyszłam z kabiny i...
...go umyłam :/ |
1,068 | Pomimo 17 lat, mam dużą wadę wzroku oraz kiepską pamięć. Gdy na chwilę położę gdzieś moje okulary (bez których jestem ślepy jak kret) i zapomnę gdzie je zostawiłem, to wpadam w błędne koło.
Żeby znaleźć okulary, muszę coś widzieć, a żeby coś widzieć, muszę znaleźć okulary. Ku*wa! |
1,068 | Historia z dzieciństwa, bo chyba je lubicie ;)
Jako 5-latka miałam znienawidzoną przeze mnie kuzynkę, ona o tym nie wiedziała.
Pewnego razu, kiedy to z rodzicami przyjechałam do niej w odwiedziny, kazali nam się bawić. Dla mnie była to męka.
Na potrzeby wyznania nazwijmy kuzynkę Różą. Tak więc Róża miała swoją ukochaną lalkę, a ja chciałam zrobić jej na złość. Kuzynce, nie lalce :D
Postanowiłyśmy, że ona będzie klientem, a ja kucharką. Zasłoniłam się zabawkową kuchenką i zaczęłam swoje przedstawienie. Na początku włożyłam do garnka jakieś warzywa itp. Do piekarnika natomiast zamiast kurczaka włożyłam głowę lalki. Róża zniecierpliwiona dopytuje co dobrego jej robię. Wykładam warzywa na talerz, a na środku kładę głowę ukochanej lalki Róży. Zanoszę jej na przykrytej tacy.
Ona płakała, a ja się śmiałam. Taki był ze mnie "geniusz zła" :D |
1,068 | Mam 14 lat i jestem typową córeczką tatusia. Tata musiał wyjechać do pracy za granicę i przyjeżdża do domu raz na 2 miesiące, czasami na 3. Ale do sedna historii.
Kocham samochody i już nie mogę doczekać się, aż będę mogła zdawać na prawo jazdy. Znam wszystkie znaki itd. Kiedyś wracając z tatą z zakupów postanowiliśmy na chwilę się zatrzymać, bo tata chciał wybrać pieniądze z bankomatu. Wiecie, rynek, miejsca parkingowe i pełno ludzi niekumających, że jest to droga jednokierunkowa. Czekamy z tatą, aż jakaś kobieta wyjedzie. A ona co? Pod prąd jedzie. Ja w tym samym momencie z tatą:
- Kto jej dał prawo jazdy?!
Na co przechodzący nieopodal człowiek odpowiedział:
- Niestety ja.
Myślałam, że posikam się ze śmiechu. |
1,067 | Mój tata ma ogromną bliznę na twarzy, wygląda jakby ktoś wbił mu denko od butelki wokół oka, a potem przejechał nią jeszcze po policzku. Gdyby nie ona, byłby naprawdę bardzo przystojnym mężczyzną i nie mówię tego, tylko dlatego, że to mój tata, on po prostu ma coś w sobie, do tej pory widzę, jak kobiety się za nim oglądają z błyskiem zainteresowania w oczach. Nigdy jakoś nie zwracałam na nią uwagi, dla mnie po prostu była.
Gdy miałam 16 lat na zabój zakochałam się w pewnym chłopaku, dosłownie poszłabym za nim w piekło, gdyby tylko poprosił. Któregoś dnia tenże chłopak, widział mnie w towarzystwie mojego taty. Następnego dnia w szkole wysłuchiwałam głupich tekstów, że z takim okropnym ojcem, nigdy nie znajdę chłopaka, że wygląda jak potwór, że powinien grać psychopatycznych morderców, bo na takiego wygląda, a to tylko, co przyjemniejsze komentarze. Było mi przykro, ale jednocześnie byłam wściekła, że przez tatę nie mogę być z "miłością mojego życia". Tego samego dnia, pokłóciłam się z tatą, wykrzyczałam mu, że jest potworem, że przez niego nie mam przyjaciół, że go nienawidzę. Tata tylko się smutno uśmiechnął, pocałował mnie w czoło i wyszedł z mojego pokoju. Przez kolejnych parę dni mieliśmy ciche dni, chciałam go przeprosić, ale w szkole nadal mi przez niego dokuczali, przez co byłam ciągle na niego zła.
Po tygodniu cichych dni, moja mama nie wytrzymała i zapytała nas wprost, co się stało. Tata tylko się uśmiechnął i pokręcił głową, ale ja powtórzyłam słowo w słowo, co mu powiedziałam. Wtedy mama zabrała mnie pokoju i opowiedziała mi, jak tata nabawił się tej blizny.
Mój tata miał 25 lat, gdy przyszłam na świat. Mieszkaliśmy wtedy w starym, drewnianym domu mojej babci. Miałam niespełna 2 latka, gdy którejś nocy, przez spięcie w instalacji elektrycznej, w moim pokoju wybuchł pożar. Ogień szybko się rozprzestrzenił, moja mama próbowała się do mnie dostać, ale cały pokój stał w płomieniach. Mój tata kazał jej uciekać z domu, samemu zostając w środku, chcąc mnie ratować. I udało mu się. Dostał się do mnie, ale niestety musiał skakać ze mną z okna, z pierwszego piętra. W momencie, kiedy wdrapywał się na okno, zawalił się dach. Tata skoczył, ale tak niefortunnie, że nabił się na słupek od bramy, który wbił mu się w oko. Niezbyt głęboko, ale wystarczająco, aby pozostawić bliznę.
Mama opowiedziała mi, ile się wycierpiał przez tą bliznę, jacy ludzie byli dla niego przykrzy, jak było mu ciężko, a to tylko dlatego, że uratował mnie, swoją małą księżniczkę.
Gdy skończyła, zerwałam się i z płaczem pobiegłam do taty. Przytuliłam się do niego mocno i przeprosiłam za wszystko. Pocałował mnie w czoło i powiedział:
"Bez wahania zrobiłbym to jeszcze raz!"
Od tej naszej sprzeczki minęło 10 lat, a ja nadal nie mogę sobie wybaczyć, że go tak zraniłam. On mi wybaczył, ja sobie nie potrafię.
Mój tata, mój największy bohater. |
1,067 | Słowem wstępu - mój rysopis (chyba ważne). 2 m wzrostu, przypakowany. Punk, wszędzie łazi w skórze i glanach. Długie włosy, jak jest okazja, to stawiam je na pióropusz. I ta szrama na i tak już ohydnym pysku (zgoła inna historia, może kiedyś o tym :D). O tatuażu na całą rękę już nie wspomnę. Skrótem, jakbym sam siebie na ulicy zobaczył, to bym zwiał. A, i wcale nie pomaga fakt, że jestem miłośnikiem noży, trenuję wszystkie sztuki walki jakie istnieją i jestem stałym bywalcem na strzelnicy.
W środku to ja jestem aniołek, w życiu nikogo nawet mocniej nie klepnąłem po plecach poza ringiem. Nawet głosu nie podniosłem w całym swoim życiu, taki staram się być spokojny. W domu zawsze leci muzyka, ale na tyle cicho, że czasem, jak kuzyn z 6-miesięcznym brzdącem w odwiedziny przyjadą, to brzdąc nie ma problemu ze spaniem.
Dobra, meritum. Otóż moja sąsiadka bardzo nie lubi, jak kogoś na noc do domu przyprowadzę, nawet jak jesteśmy cicho. Nawet, jak nikogo nie ma, to potrafi się zirytować. Przeszkadza jej wszystko, co się dzieje w moim domu, do tego stopnia, że służby porządkowe u mnie średnio co tydzień się pojawiają. Jaja z nią jak berety, mówię. Kilka akcji:
- Straż pożarna, razem z policją, bo "ten satanista podpalacz pożar w domu wznieca". Kurczak się przypalił, okno otwarte, i poczuła lekką nutkę spalenizny.
- Nalot pogotowia energetycznego, policji i spółdzielni mieszkaniowej, bo "ten satanista dzikie harce uprawia w domu i go demoluje". Elektrownia prąd odcięła na 2 godziny. Pech chciał, że używałem w międzyczasie dość mocnej wkrętarki, a jedno z drugim wcale nietrudno połączyć.
- Nalot policyjny, bo "ten satanista czarne msze w domu uprawia i głośno jest tak, że spać się nie da". Nie było mnie nawet w domu, sąsiadka słyszała imprezę kogoś zza przecznicy.
Tu się zatrzymam, bo ta sytuacja dość komiczna wyszła. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy po koncercie Kabanosa (zespół punkrockowy) wracam zapocony i leciutko wstawiony do domu, a jeszcze na klatce wita mnie wkurzony komitet powitalny złożony z dzielnicowego i jego zastępcy. Swoją drogą, wyobraźcie sobie miny policmajstrów, którzy dobijają się przez dobrą godzinę do mieszkania, do którego jest zgłoszenie, po czym właściciel mieszkania jakby nigdy nic przechodzi obok nich i otwiera drzwi.
Jeszcze jedno:
- Nalot policyjny x2, bo "ten satanista orgie urządza i ludzi torturuje". Tak, dobrze myślicie - luba przyszła. Tylko jeden szkopuł, mianowicie niczego nie robiliśmy, poza oglądaniem "The Ring" i okazjonalnym piszczeniem ze strachu :D
Powiem tylko tyle: nawet nie wiecie, jak się cieszę, że się skończyło. Świeć Panie nad jej duszą, szkoda żywota człowieczego, ale ja w piekle i tak mam swoje miejsce, a ona akurat krwi mi napsuła dość dużo. |
1,067 | Zacznijmy od tego, że mam 15 lat.
W 2006 r., gdy miałam 5 lat, do kin trafił film "Tylko mnie kochaj". Ja jako "największa" fanka Macieja Zakościelnego, ubzdurałam sobie, że to mój tatuś. Więc podchodziłam do każdego i mówiłam mu o tym.
Podczas wakacji w Warszawie spotkałam p. Zakościelnego i biegnąc przez Starówkę krzyczę - Tatusiu!!!
Mina Zakościelnego bezcenna!
Oczywiście moja wspaniała mama wszystko mu wyjaśniła, a ja mam zdjęcie, autograf i sławnego "tatusia" :) |
1,067 | Historia zdarzyła się jakieś 20 lat temu, lecz dowiedziałam się o niej dopiero dzisiaj od swojej rodzicielki.
Zapewne każdemu przydarzyło się kiedyś nie mieć biletu w tramwaju i zostać przyłapanym przez "kanara". Gdy pewnego razu mój tata jechał na tzw. "gapę", kanar poprosił go o bilet, mój tata odpowiedział mu na to, ze oczywiście, pokaże mu bilet, ale muszą w tym momencie wysiąść z tramwaju, ponieważ bardzo spieszy mu się do pracy. Wysiedli, tata przyspieszył kroku, a kanar wraz z nim, dopominając się przez cały czas o bilet. Na to mój świecący przykładem ojciec odpowiadał, że naturalnie, wręczy mu go zaraz, ale teraz bardzo mu się spieszy i nie może się teraz zatrzymać i wyjąć z teczki biletu. Tak szli jakieś parę ulic, oddalając się coraz bardziej od torów.
Gdy byli już naprawdę daleko, kanar się zdenerwował i oznajmił, że zaraz zadzwoni na policję, jeśli nie zobaczy tego biletu. Na to tata sam uznał, że zadzwoni na policję jeśli tamten się nie odczepi, jak powiedział, tak zrobił. Policji przekazał, że idzie spokojnie do pracy, a za nim podąża jakiś prawdopodobnie menel, podający się za kanara i wyłudzający od niego pieniądze.
Policja przyjechała, wysłuchała dwóch zeznań, na co mój tata zbliżył się do policjanta i powiedział: "Niech pan na niego spojrzy, przecież tutaj nie ma torów! Jak ja mogłem jechać tramwajem!". Policja spisała protokół, a tata odszedł z podniesioną głową. |
1,066 | Wszystko działo się jakieś 5 lat temu. Pierwsza gimnazjum i te sprawy. Od zawsze miałam małe piersi, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Pewnego dnia podczas przebierania się na WF, zaczęły się docinki z tego powodu. Nie bolało mnie to. Bardziej zdziwiło, bo miało to miejsce w maju. Wcześniej nikt się nie odzywał a tu nagle takie coś, dosłownie z dnia na dzień. No ale dobra, jakoś zniosłam ostatnie tygodnie szkoły, bogate w dowcipy na ten temat.
Już w pierwszym tygodniu wakacji zaczęły mnie boleć piersi. Miałam uczucie, że dosłownie puchną. Szybko zorientowałam się, że po prostu rosną. Ok, spoko, taki wiek. W ciągu dwóch miesięcy urosły z miseczki A do C (z perspektywy czasu nie wiem jak to możliwe).
Po powrocie do szkoły znowu się zaczęło, tyle że z "deski" stałam się "tą, co wypycha sobie stanik". Znów przed WF-em dziewczynie, która zawsze najbardziej się naśmiewała, wyjątkowo "udał się" kolejny żart, dotyczący mojego "ukrywania płaskości chusteczkami". Odpięło jej się ramiączko biustonosza. Widocznie gestykulowała zbyt zamaszyście. I co się stało? Jak możecie się domyślić, wypadło jej kilka chusteczek, pełniących rolę wypełniaczy. |
1,066 | Ogólnie mam szacunek do starszych kobiet, ustępuję im miejsca w autobusie, pomogę, jeśli trzeba, zanieść zakupy do domu. Jakoś tak mnie wychowano. Ale ostatnio...
Jestem z Warszawy, ale jakoś tak się stało, że z powodu rozwodu moich rodziców i ich wiecznych kłótni zmieniłam miasto i wylądowałam w gdyńskiej trójce.
Palę papierosy. Wiem, że to zły nawyk, ale nie będę się tłumaczyć.
Sytuacja zdarzyła się w miejskim autobusie. Rano zaspałam i wkurzona, że spóźnię się do szkoły siedziałam w pełnym autobusie i poszukiwałam w torbie jakichś notatek na lekcje. Byłam nieogarnięta, nieumalowana i ogólnie niewyspana, kułam do nocy. Coś wyrwało mnie z amoku i zauważyłam, że obok mnie stoi starsza kobieta.
Naprawdę chciałam wstać i puścić ją na to miejsce, ale rękaw swetra zaciął mi się w zamku od bocznej kieszeni i zanim udało mi się go uwolnić, to trochę czasu minęło. Już, już chciałam wstawać, gdy słyszę nad sobą głos kobiety:
- (...) ubrana jak ladacznica i wymalowana jak na jakąś potańcówkę (...)
(Dodam, że miałam na sobie znoszony sweter i leginsy, a na twarzy tylko korektor pod oczy i tusz do rzęs)
Zrobiło mi się przykro, ale i tak chciałam ją puścić na swoje miejsce, gdy nagle moja torba zniknęła z moich kolan i wylądowała na ziemi. Zdziwiona na początku nie zajarzyłam, że to ta kobieta pociągnęła rączkę mojej torby laską. Cała zawartość się z niej wysypała, a i przy okazji papierosy wylądowały na ziemi. Kobieta w ryk, ja w ryk. Naprawdę mało brakowało, abym tej kobiecie coś zrobiła, bo zaczęła mnie wyzywać. Zrobiła mi pogadankę, że truję się papierosami, że umrę prędzej niż ona. Że na pewno jestem taka i taka. Nagle odezwał się starszy pan, który siedział tuż obok mnie, przy oknie. Zwrócił się prosto do mnie, nie do tej kobiety.
- Siedź, dziecko, i nie przejmuj się moją żoną. Ona tak ma, jest chamska, ale to dobra kobieta. A nogi ma jak nastolatka, ostatnio sam widziałem, jak biegła na mszę, bo zaspała.
Nie muszę chyba opisywać miny swojej i połowy autobusu. Gdy z niego wyszłam, popłakałam się ze śmiechu. |
1,065 | Jak byłam podrostkiem, byliśmy z ojcem u dziadka, który mieszka na odludziu pod miastem. Ojciec wysłał mnie po musztardę do sklepu.
Wróciłam po 15 min bez musztardy, bo nie wiedziałam, gdzie ten sklep się znajduje. Ojciec wytłumaczył i kazał iść znowu.
Wróciłam po 15 min bez musztardy, bo nie mogłam znaleźć jej na półkach, a zapytać się wstydziłam. Ojciec poirytowany tłumaczy gdzie powinnam szukać musztardy w sklepie. Poszłam.
Wróciłam za 15 min bez musztardy... Bo jak już ją kupiłam, to biegłam szybko do domu i się wywaliłam, a słoik z musztardą się rozbił. Ojciec już wnerwiony, daje mi następne pieniądze i każe przynieść musztardę.
Wróciłam po 15 min bez musztardy... Zgubiłam po drodze pieniądze! Dostałam manto na tyłek, a ojciec sam poleciał ją kupić.
Wrócił po 15 min bez musztardy... O 18 zamknęli sklep.
Do dziś na widok musztardy przypomina mi się ta historia sprzed 30 lat. |
1,065 | Ksiądz na ślubie: "I miłości aż do śmierci, której wam wszyscy życzymy".
Pan młody płakał ze śmiechu. |
1,065 | Czasami stroję się jak na imprezę, zakładam wysokie szpilki, stawiam lustro w swoim pokoju, włączam muzykę i urządzam sobie samotną dyskotekę patrząc na swoje odbicie w lustrze jak tańczę. Dodatkowo dodam, że świetnie się bawię.
Mama chyba ma rację mówiąc, że ma jakieś nienormalne dzieci. |
1,065 | Witajcie, Drodzy Anonimowi.
Mam 23 lata i dopiero wczoraj dowiedziałam się, co tak naprawdę stało się podczas ciąży mojej mamy i po moich narodzinach.
Moja mama i mój ojciec prowadzili sklep spożywczy i zawsze zakupowali do niego towar za gotówkę (ważne do dalszej części historii).
Kiedy moja mama była w 6 miesiącu ciąży, mój ojciec znalazł sobie kochankę (przez co moja rodzicielka płakała i stresowała się, w związku z czym straciła pokarm). Kiedy się urodziłam, było wszystko OK, oprócz tego, że spadała mi waga - brak pokarmu.
Jak tylko trochę przytyłam, pojechałyśmy do domu, a tam okazało się, że ojciec zawinął się ze wszystkim co posiadali (samochód, oszczędności i pies), ale powiedział, że w dobrej wierze zostawia mamie sklep. Wszystko byłoby OK, gdyby nie okazało się, że od kilku miesięcy towar do sklepu zamawiał "na krechę", a całą gotówkę szykował sobie na "ucieczkę" z kochanką.
Moja mama została z niczym - dosłownie, a jak tylko wróciła do pracy (bardzo prędko to zrobiła, bo przecież jakoś musiała mnie wykarmić) musiała spłacać długi za towary na krechę.
Wszystko co miała oddawała, a my żyłyśmy w nędzy przez 3 lata. Bardziej mama niż ja, bo to ona nie miała co jeść, bo ważne dla niej było, żebym to ja była zdrowa i najedzona. Od czasu do czasu pomagali nam dziadkowie (od strony ojca), podkreślając na każdym kroku jaką to moja matka jest szczęściarą, że ma takich teściów - mimo że nie jest już z ich synem.
A teraz najlepsze: mój ojciec - a raczej dawca spermy (który do tej pory uważa, że ma do mnie jakiekolwiek prawa - a zainteresował się mną po raz pierwszy jak miałam jakieś 8 lat) za ukradzione pieniądze kupił sobie działkę i wybudował dom...
Moja matka ukrywała to przede mną cały ten czas, bo nie chciała mnie ranić.
Powiedzcie mi, Drodzy Anonimowi, czy to źle, że mam ochotę się na nim zemścić? |
1,065 | Jestem lekarzem, pracuję na oddziale ratunkowym w jednym z większych miast w naszym pięknym kraju. Nie będę tutaj komentował stanu służby zdrowia w Polsce (bo nie ma czego komentować), jednak podzielę się historią swojego życia.
Baaardzo dawno temu uczęszczałem do liceum ogólnokształcącego w swoim niewielkim, rodzinnym mieście. Byłem raczej słabym uczniem, acz ambitnym i mającym przebłyski mobilizacji do nauki. Znajomi i rodzina powtarzali mi, że bardziej nadaję się na prawnika niż na lekarza. Ja jednak chciałem być lekarzem, uważałem, że taka jest moja misja.
Miałem też wychowawcę - a dokładniej panią, która powtarzała mi, że ze mnie nic nie będzie. Po skończeniu ostatniej klasy LO - przez chwilę - uwierzyłem jej. Nie dostałem się na kierunek lekarski. Postanowiłem wtedy pójść i porozmawiać z nauczycielami.
Znalazła się jedna nauczycielka - nazwijmy ją panią Ewą. Powiedziała mi, że tak naprawdę jeśli sobie coś postanowię, to przezwyciężę wszystko i jeśli będę się uczył, to dostanę się za rok. Wierzyła we mnie, tak naprawdę, od pierwszej klasy. Razem z nią kibicowała mi moja rodzina - chociaż rodzice od zawsze mi powtarzali, że mam robić to co lubię. W końcu podszedłem drugi raz do egzaminu i dostałem się na medycynę. Ciężko pracowałem na to, by być tym, kim jestem teraz.
Jednak oto historia właściwa:
Niespełna dwa tygodnie temu na ostry dyżur do nas trafiła pani Ewa, z bólem zamostkowym, pytam ile boli już w klatce: "wczoraj wieczorem się zaczęło", im dłużej naczynia wieńcowe zamknięte, tym większe ryzyko zgonu, zatem na szybko zrobiliśmy EKG, troponinę, CRP - w EKG i badaniu krwi: rozległy zawał mięśnia sercowego. Serducho niestety nie wytrzymało, wpadło w niebezpieczny dla życia rytm i tak reanimowaliśmy przez 15 minut. OK, rytm powrócił, serce bije, adrenalina podana, ustabilizowaliśmy, szybko na hemodynamikę. Tam żyłki odetkali, a ja udałem się w odwiedziny do pani Ewy. Czego się dowiedziałem ciekawego? Otóż podczas rozmowy pani Ewa powiedziała mi, że uratowałem jej życie, że od zawsze we mnie wierzyła, a moja "ukochana" pani wychowawczyni została źle zdiagnozowana, co doprowadziło do jej śmierci - przez mojego kolegę z klasy, nefrologa, tak bardzo faworyzowanego przez wychowawcę.
Karma wraca. |
1,064 | Co tu dużo mówić...
Moja mama jest zagorzałą katoliczką, mój chrzestny księdzem, a mój ojciec homofobem.
A ja co?
A ja jestem lesbijką. |
1,064 | Mamy z chłopakiem koleżankę, która kiedyś była szczuplutka. Straciliśmy kontakt na jakiś czas, a gdy znowu pojawiła się w naszym życiu okazało się, że nieźle przytyła, szczególnie na brzuchu. Mój facet nie należy do taktownych osób i wręcz uwielbia się z innych nabijać (beznadziejna cecha charakteru, ale cóż), więc na porządku dziennym padały głupie teksty typu "Kiedy rodzisz?", "Który to już miesiąc?" itp.
Umówiliśmy się pewnego dnia na popijawę, która miała odbyć się u nas. Oni kończyli pracę wcześniej, więc plan był taki, że on z koleżanką pojadą do supermarketu po zakupy (oczywiście głównie alkoholowe), a ja w tym czasie zdążę wrócić do domu po swojej pracy i trochę ogarnąć mieszkanie.
Wszystko zrobione, czekam na nich spokojnie, w końcu wchodzą z siatami. Ona szczęśliwa i rozchichotana, on z jakąś taką nieciekawą miną.
Okazało się, że znowu zaczął dogryzać koleżance w sklepie. Kupili co mieli, jej w udziale przypadły dwie siaty pełne alkoholu. Wydęła brzuch specjalnie jeszcze bardziej i zaczęła na niego krzyczeć:
- Kochanie, nie tak szybko! Przecież wiesz, że jestem w ciąży, a te twoje piwa są takie ciężkie!
I zwracać się do ludzi:
- No widzi pani, niedługo rodzę, a muszę jego alkohol dźwigać! On nic nie robi, tylko pije, w ogóle mi nie pomaga!
Po serii zniesmaczonych spojrzeń chłopakowi przeszła ochota na żarciki :P |
1,063 | 2 rano, lotnisko. Po nieprzespanej nocy miałam wracać do domu z innego kraju. Podchodzę do check-in'u i kładę walizkę na wadze. Pani z obsługi coś tam wstukała w komputer i mówi do mnie:
- To jeszcze poproszę paszport i rączkę do podstemplowania.
Podałam grzecznie paszport i wyciągam rękę w jej stronę (równocześnie zastanawiając się od kiedy stemplują pasażerów).
- Ale nie pani rączkę, tylko walizki.
Środek nocy robi swoje. |
1,063 | Moja babcia jest osobą, która uwielbia rozmawiać z ludźmi. Gdy przychodzę do niej po szkole, to ona cały czas mówi, a mi nie daje dojść do słowa.
Pewnego dnia postanowiłam odwiedzić babcię. Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy aż do momentu, w którym zadzwonił dzwonek do drzwi. Babcia poszła otworzyć. Jak się okazało - Jehowi. Jako że nie lubię rozmawiać na takie tematy, poszłam do pokoju, a babcia zaparzyła kawę nowo poznanym panu i pani. Po godzinie stwierdziłam, że państwo już poszli, więc poszłam do kuchni zrobić sobie kanapkę. Jaki widok zastałam? Babcię siedzącą i opowiadającą o służbie zdrowia, pana myjącego okna i panią zamiatającą podłogę. Chwilkę później poszli.
Okazało się że gdy babcia narzekała na swoje żylaki, miła pani zaproponowała pomoc w sprzątaniu, licząc, że wtedy będą mogli porozmawiać na temat religii. Ale nie! Babcia znalazła sto innych tematów, którymi zarzucała gości. W końcu państwo zrozumieli, że z moją babcią nie pogadają i poszli. ;) |
1,063 | Opowiem wam historię którą usłyszałem od mojego taty.
Mianowicie kiedyś mój tata razem z kolegą wybrali się na mecz. Jechali sobie spokojnie przez jakieś pola i lasy. Kierowcą był kolega, który jest strasznie nerwowy za kierownicą. Nagle minęło ich auto w którym siedziało 3 nastolatków. Co jakiś czas hamowali gwałtownie przed autem taty i kolegi. Mogli przez to nie raz spowodować wypadek. Po około 5 kilometrach takiej jazdy było jakieś skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną. Wtedy kolega mojego taty nie wytrzymał.
Wyszedł z auta podszedł do tych śmieszków otworzył im drzwi. Wyciągną im kluczyki z stacyjki i wyrzucił w pole krzycząc do niech, że „Teraz to sobie chu** możecie hamować” po czym wrócił do auta i jak gdyby nigdy nic wyminął ich i pojechał sobie dalej na mecz.
Tak wiec nie denerwujcie osób, które jeżdżą spokojnie, bo możecie potem kluczyków szukać w polu lub Bóg wie gdzie jeszcze ;)
Ps. Nie wiem czy znaleźli kluczyki. |
1,062 | Ostatnio odwiedziłam rodziców, jako że mieszkamy po dwóch przeciwnych stronach Polski, nieczęsto się to zdarza. Do domu przywiozłam ze sobą szampana i słodycze z okazji mojej pierwszej w życiu poważnej wypłaty. Okazało się jednak, że rodzice sami byli zaopatrzeni w lepsze i bardziej wysokoprocentowe trunki, czym zostałam uraczona, i rozpoczęło się wspólne biesiadowanie.
Tata przestał pić szybko i zwędrował do innego pokoju obejrzeć nocny turniej tenisa.
Z mamą po skończonej wódce wzięłyśmy się za whisky.
O 2 w nocy mama puściła płytę Adele, na cały regulator.
Tańczyłam z mamą wolne tańce, a później wspólnie płakałyśmy do piosenek Adele.
W tym momencie urwał mi się film. Później dowiedziałam się, że:
* tato zszedł do nas na parter domu, by przerwać imprezę, ponieważ zadzwonili sąsiedzi
*porzygałam się do zlewu w kuchni
*umyłam włosy peelingiem z błota Morza Martwego
*z łazienki wyszłam goła i tato pomagał mi się ubrać w piżamę
A mam 26 lat i nie jestem z patologicznej rodziny... |
1,062 | Kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki, w moim pokoju znajdował się porcelanowy pajacyk wielkości dłoni, który dyndał sobie zaczepiony sznureczkami na uchwycie od okna.
Pajacyk zwrócony był w stronę mojego łóżka, toteż każdej nocy czułam się zaniepokojona widząc te jego malowane oczy wpatrujące się we mnie.
Pewnego dnia zdjęłam go, wzięłam nożyczki i przystawiając mu je do szyi domagałam się odpowiedzi dla kogo pracuje i dlaczego mnie obserwuje. |
1,062 | Dziś rano moja babcia wbiegła do mnie do pokoju, aby poinformować mnie, że mam depresję, bo śpię.
Była 5:30 rano. |
1,062 | Poznałam męża mając 20 lat. Palił wtedy dużo trawki, czasem zdarzało się coś mocniejszego. Od razu dałam mu do zrozumienia, że nie ma na co liczyć póki ma z tym środowiskiem cokolwiek wspólnego. Rok później Kuba był czysty, a my byliśmy zaręczeni. Jedyne co pozostało z tamtych czasów to Kuby 'przyjaciel' - wiecznie pijany albo naćpany (kokaina czy heroina nie były mu obce), średnio co drugi dzień próbował zwalić się nam na głowę. W końcu powiedziałam dość i oznajmiłam wtedy już mężowi, że albo pozbędzie się pasożyta ze swojego życia raz a dobrze, albo ja odchodzę. Gość zniknął.
Pojawił się 6 lat później, twierdząc ze jest czysty i chce odbudować z Kubą kontakt. Spotkali się kilka razy z daleka ode mnie. Jednak któregoś dnia wracam do domu i widzę jego, siedzącego na dywanie z moją dwuletnią Marysią. W dłoni trzymał skręta - chyba zresztą nie pierwszego, bo cały pokój był zadymiony. Oznajmił mi spokojnie, że Kuba wyszedł na chwilę do bankomatu pożyczyć mu pieniądze.
Ostatni raz biłam się chyba z 20 lat temu z bratem, ale gość dostał taki wp****ol, że uciekał z mieszkania aż się kurzyło.
Jutro mam pierwszą rozprawę w sprawie o pobicie. Kuba dzwonił do niego zaraz po zajściu, by dać mu do zrozumienia że ma się więcej do nas nie zbliżać. Ten odparł, że nie ma zamiaru, bo jestem wariatką. Warto było, oj warto. |
1,061 | Jestem zakochana...
W Sebku, ale niestety dla moich rodziców nie jest to kandydat do zaakceptowania. No bo jak to, pani i pan prawnik przyznają się przed znajomymi, że ich jedyna córka, przyszła pani architekt, spotyka się z mechanikiem samochodowym, który wynajmuje kawalerkę?
Dajcie żyć, ludzie, nie każdy musi mieć nie wiadomo jakie wykształcenie! |
1,061 | 5-letni kuzyn bał się, że ktoś ukradnie mu nowy, pompowany basen z ogrodu. Przybił go gwoźdźmi do ziemi. |
1,061 | Było ostatnio o budowlańcach, więc teraz moje wspomnienie z czasów bycia kurierem. Miałem na rejonie dość duże centrum handlowe i mnóstwo do niego paczek do doręczenia. Pakowaliśmy (kurierzy wszystkich firm) te paczki na wózki sklepowe. Ale do sedna.
Pcham sobie dwa wózki wypełnione górą paczek, obok kumpel z konkurencyjnej firmy pcha swój wózek z podobną ilością paczek, coś tam gadamy, i słyszę jak za plecami jakiś męski głos mówi:
- Widzisz, synu, jak nie będziesz się uczył, to będziesz pchał takie wózki jak ci dwaj.
Obracam się, a tam elegancko ubrany facet wychowuje w ten sposób swojego tak na oko 12-letniego syna. Zanim zdążyłem się odezwać, kumpel wypalił:
- Tak, i będziesz zarabiał miesięcznie tyle, co twój ojciec przez pół roku.
Wcale aż tak dobrze się nie zarabiało, ale miny faceta nie zapomnę do końca życia :) |
1,061 | To wyznanie jest dla mnie dosyć traumatyczne... Gdy miałam jakieś 12 lat przyłapałam mamę na seksie z... kobietą. Co więcej, z moja ciocią, a tata się temu przyglądał. |
1,060 | Rozpoczęcie roku w 3 klasie liceum.
Do naszej klasy dołączyła nowa dziewczyna, cóż, jej ubiór zdradzał wiele: krótka spódniczka ledwo zasłaniająca tyłek, paznokcie długie, różowe - typowy pustak. Dziwiło wszystkich, że poprzednia szkoła dziewczyny to najlepsze LO w naszym mieście. Zapytaliśmy się jej czemu przeniosła się z dobrego LO do naszego (nie była to zła szkoła, ale jednak odstawała przy jej poprzednim liceum). Powiedziała, że w poprzedniej nie mogła być sobą, a uczniowie to straszni sztywniacy. Choć tak naprawdę każdy myślał, że nie dawała sobie rady, a zdradzały to jej długie farbowane na blond włosy z dużym odrostem.
Na lekcjach się nie udzielała, siedziała cicho. Każdy czekał na język polski z nauczycielką-kosą, która na pewno zwróci uwagę dziewczynie za strój czy makijaż. Tak też się stało. Nauczycielka oburzona wymalowanym gwizdkiem dziewczyny, zjechała ją od góry do dołu. I było wiadomo, że do końca roku będzie odpytywana itp.
Na kolejnej lekcji polskiego nauczycielka oczywiście wybrała naszą gwiazdę do odpowiedzi, ku zdziwieniu wszystkich dziewczyna odpowiedziała na wszystkie pytania i z bólem serca nauczycielka dała jej 5. Na sprawdzianach czy kartkówkach też miała 5. Ba, nie tylko z polskiego, ale z innych przedmiotów.
Zbliżał się konkurs recytatorski, dziewczę się zgłosiło, polonistka w szoku, zgodziła się pod warunkiem, że dobierze adekwatny strój do konkursu, nauczycielka zaproponowała jej klasyczną małą czarną. Widziałam uniesioną brew dziewczyny i wiedziałam, że szykuje się dobry konkurs. Z racji tego, że z naszej klasy brała udział uczennica, reszta została zaproszona do kibicowania. Nagle na konkurs wchodzi nasza gwiazda w kusej czarnej sukience odkrywającej prawie wszystko. Wszyscy w szoku, zwłaszcza nauczyciele z jury z innych szkół. Wyrecytowała pięknie tekst, a na koniec dodała, że nie można oceniać ludzi po okładce.
Cóż powiedzieć, dostała owację na stojąco od uczniów i wygrała konkurs i szacunek. |
1,060 | Moja mama jest nauczycielką w podstawówce (klasy 1-3). W ostatnim roku szkolnym, będąc wychowawczynią pierwszoklasistów, z okazji Dnia Ojca zadała dzieciom napisanie krótkich listów do swoich tatusiów.
Jedna dziewczynka napisała tak:
"Kochany Tatusiu! Jesteś taki piękny, że aż ręce opadają". |
1,060 | Kolega mojego taty obchodził ostatnio 50. Moja mama akurat w tym dniu miała inne spotkanie, więc tata poszedł sam.
Wrócił nad ranem. Mama zostawiła mu klucz pod doniczką, żeby nie musiał mnie budzić w nocy, tylko mógł sobie wejść po cichu. Niestety alkohol odebrał mu zdolność logicznego myślenia i co zrobił tata? Wykopał ziemię i wywalił kwiat z tej doniczki, bo przecież tam miał być klucz.
Wkurzył się, że go nie znalazł i poszedł na ogród walić w okno od tarasu. Otworzyłam mu i dostałam opieprz, że jeszcze nie śpię. Potem tata już w swoim łóżku, ja w swoim, cisza i nagle:
- Karoliiiinaaaaa!!
- Co tata, co się stało?!?!
- Dobranoc!
I zasnął. Rano niczego nie pamiętał. |
1,059 | Kilka lat temu umówiłem się na randkę z moją przyjaciółką. Kiedy wróciłem z pracy miałem jeszcze 4 godziny do spotkania, więc postanowiłem się zdrzemnąć. Była wtedy u mnie siostra z dzieciakami. Tego dnia bachory zajęte były kolorową kredą.
Położyłem się na kanapie w salonie i zasnąłem. Niestety, kiedy się obudziłem miałem niewiele czasu do spotkania, zaspałem. No nic, dzwonię, że mogę się spóźnić, wskakuję na motocykl i po 15 minutach jestem. Moja dama podchodzi do mnie, ja zdejmuję kask...
- Janek... Masz coś chyba na brodzie...
Zaczęła zanosić się śmiechem, ja nic nie rozumiałem. Podała mi lusterko. Pomyślałem, że jak tylko wrócę do domu, to dzieciaki zabiję.
Cała moja długa broda, moja duma, była pokolorowana na tęczowo kredą...
Lubej to na szczęście nie przeszkadzało, chyba.
Zakończenie w stylu anonimowych: jesteśmy zaręczeni. |
1,059 | Pojechaliśmy z mężem na 3 dni w góry, dokładnie do Zakopanego. Strasznie, strasznie się cieszyłam, że wreszcie odpocznę od realności codziennej, wyłączę się. Droga się dłużyła, w pewnym momencie już nawet nie miałam o czym gadać.
Gdy tak sobie jechaliśmy, zobaczyłam napis "wąwóz śmierci". Od razu krzyknęłam do męża "Zawracaj! Zobaczmy co to jest!". Mąż nie widząc tego co ja zobaczyłam sceptycznie podszedł do sprawy. Ale mi nie odmówił.
99 manewrów na drodze, by zawrócić. Gdy pojechaliśmy do tego owego "wąwozu śmierci", okazało się, że tak naprawdę był tam napis "wywóz śmieci"...
Cisza w samochodzie do samego Zakopanego :) |
1,059 | Znasz ten stresujący moment, gdy słyszysz w tramwaju lub autobusie komunikat "Proszę przygotować bilety do kontroli", nawet gdy masz ważny bilet na przejazd (a tym bardziej, gdy go nie posiadasz)?
Mam 24 lata, a dalej nie wyzbyłem się tego stresu, gdy go słyszę.
Nawet, gdy sam go uruchamiam.
Od roku jestem motorniczym. |
1,059 | Parę dni temu ujrzałam w autobusie swój ideał. Wysoki blondyn z niebieskimi oczami, w dodatku przystojny. Wysiedliśmy na tym samym przystanku. Już chciałam odejść, gdy nagle poczułam dłoń na swoim ramieniu.
Naczytałam się tyle anonimowych, że moja wyobraźnia zaczęła działać. Już miałam przed sobą nasze wspólne, szczęśliwe życie. Ten ułamek sekundy trwał dla mnie wieczność. Nagle chłopak szarpnął mną do tyłu i zobaczyłam przejeżdżający parę centymetrów ode mnie autobus.
Odwróciłam się do mojego wybawcy, gotowa spojrzeć mu w oczy i wyrazić swą wdzięczność, gdy ten nagle powiedział:
- Ślepa jesteś?! Patrz jak chodzisz!
Odwrócił się i odszedł mrucząc pod nosem "idiotka".
Jak się spodziewacie, nie jesteśmy razem, lecz mimo to jestem mu wdzięczna za uratowanie życia. |
1,058 | Dyżur na SOR-ze zaczynam o 8.00, na sali obserwacyjnej - dwóch pacjentów. W tym pijak 3,6 promila. Śpi, leci kroplówka, śmierdzi nieziemsko, ale przynajmniej się nie awanturuje. Gdy się obudzi, będzie "wesoło" gdy zobaczy rachunek (brak ubezpieczenia, uraz głowy był, musiała być tomografia). Cieszę się, że są wolne łóżka na OBS-ie.
Z rana względny spokój, zgłaszają się pacjenci. Da się ogarnąć. Po 11.00 rozkręca się, pacjenci ze skierowaniami z przychodni (połowy nie powinno tu być, każdego trzeba zbadać, bo wśród nich są osoby wymagające opieki). Ratownicy przewijają się non stop. W międzyczasie 3 karetki przywożą ofiary wypadku. Ludzie na korytarzu widzą kto przyjeżdża, ale zaczyna robić się nerwowo.
Ok 17.00 poczekalnia pełna. Przyjmuję jednego, za drugim. Część przekazana na oddział, część odesłana do domu. OBS niestety od kilku godzin pełny (wciskam tam na siłę faceta z migotaniem). W międzyczasie karetki, w tym 2 zawałowe. Zawał... ufff! Można przekazać od razu na kardiologię, wezmą ich do pracowni hemo, mają duże szanse, żeby z tego wyjść. Co chwilę do mojego gabinetu wchodzi kobieta upominając się, że czeka 2 godziny temu oddała skierowanie i nadal nikt się nią nie zajął (w wywiadzie pierdoła, pacjentka w stanie bardzo dobrym, nie zgłasza żadnych dolegliwości, więc musi poczekać).
19.00, karetka. Facet 41 lat, lista chorób i zażywanych leków nie ma końca. Jego płuca dosłownie zalewa krew, jest też wszędzie dokoła. Potrzebuję pomocy. Dostaje leki, zabezpieczamy go, pobieramy badania. Przychodzą starsi, mądrzejsi, potwierdzają to, czego się obawiam. Mężczyzna świadomy, sam wie, jak się to skończy. Podpisuje papiery, nie chce uporczywej terapii, nie chce nawet respiratora. Prosi, żeby nie mówić żonie, "pracuje za granicą i tak nie przyjedzie teraz, a tylko będzie się martwiła". W międzyczasie ona do niego dzwoni, a ten kłamie, że wszystko OK i żartują. Później rozmawia z córeczką, żeby była grzeczna u dziadków, bo nie wiadomo kiedy tata wróci. Znowu wchodzi kobieta z pierdołą żądając mojego nazwiska, bo pisze skargę. Podaję i zamykam drzwi. Facet prosi, żebym po wszystkim osobiście zadzwoniła do żony. I chciałby, żeby przestało boleć, nie chce też być sam. Robię wszystko co mogę i na co on się zgadza.
02.00, wychodzę ze szpitala. Facet zmarł, ale byłam przy nim do końca. Żona powiadomiona, była już w drodze, "czułam, że kłamie". W domu powinnam być kilka godzin temu. Mąż wyrzuca mi to, gdy w końcu kładę się obok niego. Patrzę na niego i myślę, co zrobiłabym na miejscu tego faceta. Czy też umiałabym tak udawać...
3 dni później tłumaczę się szefowi. Wpłynęły na mnie 2 skargi tego dnia. Była też żona, dziękuje, że mąż nie był sam.
Codziennie nienawidzę tej pracy i codziennie ją uwielbiam. Czasem nie mam sił, ale jutro znowu wyjmę stetoskop i zrobię co mogę. |
1,058 | Cześć, to dopiero moje pierwsze wyznanie tutaj, ale na pewno nie ostatnie. Kilka słów wstępu. Mam 16 lat, jestem raczej osobą alternatywną i cóż, mój tryb życia powoduje wiele różnych ekscesów i porażek. Wyglądam raczej jak 12-letni chłopiec, toteż raczej trzymam się z chłopakami.
A oto anonimowe wyznanie, o którym wiem tylko ja, mój gwałciciel oraz przyjaciel, który mnie we wszystkim wspierał.
Zaczęło się jakieś pół roku temu, podczas jednego z miejscowych koncertów mało znanej kapeli. Przyznam się bez bicia, akurat były urodziny kolegi, więc wypiłam kilka piw. I był tam też on, chłopak z innego miasta (przyjmijmy, że miał na imię Jan). Jako że akurat przebywał w naszej miejscowości, to przyszedł na organizowany przez nas koncert.
Początkowo wszyscy się dobrze bawili, nikt się nie kłócił, nawet bez policji się obyło. Jednakże pod koniec koncertu natarli na nas miejscowi faszyści. Jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni do takich akcji, więc chłopcy zgrabnie ruszyli na nich z bejsbolami. Ale ja nie. Jan, wykorzystując sytuację i nieuwagę moich kolegów, złapał mnie za szmaty i zaciągnął za klub. Szumiało mi lekko w głowie, więc na początku nic nie podejrzewałam. Dopiero gdy przewrócił mnie na ziemię i zaczął zrywać ze mnie spodnie, zrozumiałam. Zrozumiałam co chciał zrobić. Samego zajścia nie będę opisywać, ale udało mu się dokonać tego, co zamierzał. Po wszystkim po prostu odszedł. Leżałam kilka minut na śniegu i nie mogłam dojść do siebie. Słyszałam odgłosy walki między chłopcami a faszystami. Nie chciałam, żeby mnie zobaczyli w tym stanie. Pozbierałam się i uciekłam do domu. Nie miałam po tym traumy ani nic. Po prostu przez pierwsze dni byłam w szoku. Na szczęście po jakichś dwóch tygodniach mnie coś tknęło i zrobiłam test ciążowy.
Tak, byłam w ciąży. Teraz nikt by mi nie uwierzył, że zostałam zgwałcona, więc postanowiłam działać na własną rękę. Powiedziałam o wszystkim koledze, on postanowił mi pomóc.
Spod ziemi wytrzasnął jakieś tabletki o działaniu poronnym. Zwijałam się w męczarniach blisko tydzień, ale mój problem zniknął.
Nie, nie mam traumy po aborcji. Miałabym traumę, gdyby ktoś mnie zmusił do rodzenia dziecka tego zboka.
Nie oceniajcie mnie źle, jestem młodą dziewczyną, która nie poradziłaby sobie z takim brzemieniem... Tak, wiem, że są okna życia. Wiem, że wiele par chętnie by to dziecko adoptowało.
Ale sama myśl o tym, że noszę w sobie dziecko potwora sprawiała, że własnymi palcami chciałam je stamtąd wydrapać. Nie mówcie mi, że jestem egoistką, bo nie jestem. Nie jestem męczennikiem i mam prawo do samostanowienia o sobie.
To chciałam Wam przekazać w moim wyznaniu. Każda kobieta i każdy mężczyzna ma do tego prawo.
Do dziś nie żałuję mojej decyzji, jestem świetnie zapowiadającą się lekkoatletką.
PS Oprawca dostał karę od chłopców. |
1,058 | Kiedy miałam 7 lat, razem z przyjaciółką potajemnie grałam w GTA San Andreas i chodziłyśmy tam do klubu ze striptizem. Później udawałyśmy poszczególne striptizerki i nawzajem tańczyłyśmy dla siebie nago udając je. |
1,058 | Będąc małym brzdącem, miałem w przedszkolu swoją wielką miłość. Bardzo chciałem jej zaimponować, więc (jak na małego dżentelmena przystało) wymyśliłem plan na podbój jej serduszka.
Plan był prosty, ale jednocześnie nietuzinkowy - na podwórku wysikałem jej imię w śniegu. Jak możecie się spodziewać, moja luba nie była wówczas zachwycona. Panie przedszkolanki i rodzice zresztą również (choć ci ostatni uwielbiają mi o tym przypominać - szczególnie że walnąłem byka w jej imieniu).
A teraz to na co czekaliście - tak, jesteśmy razem! :D
Wczoraj wspominaliśmy tę sytuację i ma luba stwierdziła, że był to najbardziej romantyczny gest z mojej strony, jaki do tej pory udało mi się pokazać. Nie jestem romantykiem, ale zabolało. Dziś dostała bukiet czerwonych róż i kolację przy świecach.
Niestety, nadal twierdzi, że siki w śniegu były bardziej romantyczne, bo "oryginalne i od serca"... |
1,057 | Kolejna historia o tym, że młodzi też mogą na coś chorować, a starsze osoby nie potrafią tego zrozumieć.
Wracałam z uczelni, z torbą, rzeczami z apelu, ogólnie miałam kilka pierdół ze sobą, które mój narzeczony pomagał mi nieść. Jechaliśmy pociągiem miejskim, kilka długich przystanków, oczywiste więc było, że usiedliśmy na wolnych siedzeniach.
Potem, w połowie drogi zrobił się drobny tłok, miejsca wolnego już nigdzie nie było.
Mam przepuklinę międzykręgową. Chodzenie boli. Stanie boli. Dźwiganie też. Gdybym teraz zaszła w ciążę, skończyłabym na wózku inwalidzkim. A co lekarz, to inna diagnoza, raz proponują mi operację, raz masaże i tak wkoło.
W pociągu obok mnie siedziała szykownie i elegancko ubrana kobieta, na oko po 50. Szarpnęła mnie za rękaw i mówi, że obok niej stoi kobieta w ciąży, więc mam teraz wstać i ustąpić jej miejsca. Ja. Wstać ze wszystkimi tobołami, spod okna, przedostać się przez ludzi i wskazać ciężarnej miejsce. Zwróciłam się do narzeczonego, czy on w takim razie by nie ustąpił. Elegantka do mnie, że to JA mam ustąpić. Tłumaczę więc, że opcji nie ma, bo mam chory kręgosłup. Ona znowu na mnie już krzyczy, że ją bolą korzonki i nie ma czegoś takiego jak przepuklina w kręgosłupie. Po drobnej kłótni wstała, ale zanim ustąpiła miejsca - nachyliła się do mnie i powiedziała, że życzy mi, żebym miała tak samo, żeby nikt mi nie chciał ustępować miejsca, kiedy jestem w ciąży.
Miłe to nie było, a że jestem wrażliwa za bardzo, to zaraz zaczęłam cicho płakać. Narzeczony tylko dał mi znak, że już wysiadamy (sytuacja ciągnęła się ze dwa przystanki), wziął część rzeczy ode mnie i torował mi drogę do wyjścia. A było ciężko, bo inni pasażerowie widząc wcześniejszą sytuację - nie chcieli mi pomóc wyjść z pociągu, mimo iż widzieli jak utykam i ledwo idę, ba, zagradzali mi drogę.
Tak że super, wielkie dzięki wszystkim. Najlepszy dzień mojego życia.
I naprawdę, chciałabym mieć dziecko, ale przez swój stan zdrowia bardzo się boję. |
1,057 | Od dłuższego czasu mam problemy z zębami, więc dosyć często chodzę do dentysty. Gdy się umawiam na wizytę i podaję swoje nazwisko, zawsze słyszę pytanie: "Ale naprawdę jak się pan nazywa?", a później śmiech.
Pozdrawiam,
A. Szczerbaty |
1,057 | Od kilku lat mieszkam w wieżowcu.
Tydzień temu do sąsiedniego mieszkania wprowadził się student. Miły chłopak. Przyszedł do mnie 5 dni temu i zapytał się, czy nie udostępnię mu dostępu do Wi-Fi, ponieważ musi coś sprawdzić na uczelnię bardzo szybko. Zgodziłem się, bo czemu by nie.
Dwa dni później liczba urządzeń podłączonych do mojej sieci wynosiła aż 61. Stwierdziłem, że coś jest nie tak. Zmieniłem hasło.
Zaczęło się. Co chwila przychodziły do mnie pielgrzymki różnych osób z wieżowca, żeby oznajmić mi jakim jestem chamem, bo zmieniłem hasło.
Na pytanie skierowane do studenta "Dlaczego podałeś innym hasło?", ten stwierdził, że trzeba się dzielić. Co tam, że przy takiej liczbie osób nie da się korzystać z internetu.
Trzeba się dzielić... |
1,056 | Mam 16 lat, co jest kluczową informacja w tej historii...
Zdarzyło wam się zemdleć z bólu? Mi zdarza się to co miesiąc w trakcie miesiączki. Ból jest tak ogromny, że tracę świadomość tego, co dzieje się wokół mnie. Po kilku takich sytuacjach mama zdecydowała zabrać mnie do lekarza... Pani doktor (na pierwszy rzut oka miła pani koło 40) po badaniu i kilku pytaniach powiedziała coś, czego nigdy bym się nie spodziewała...
- Znajdź sobie chłopaka, daj mu się przelecieć i niech zrobi ci dziecko. Problemu nie będzie przez 9 miesięcy.
Straciłam wiarę w lekarzy.
PS Nie znalazłam sobie chłopaka i nadal jestem dziewicą, a brzuch co miesiąc boli tak samo. |
1,056 | Nauczyciel zabrał mi na lekcji telefon, bo sprawdziłam godzinę. Na tapecie był napis po hiszpańsku (uczyłam się hiszpańskiego), oznaczający "Nie dotykaj mojego telefonu idioto".
Pan spytał się, co to znaczy.
Powiedziałam mu to słowo w słowo.
Dostałam uwagę za obrazę nauczyciela. |
1,055 | Jestem barmanem i pracuję w klubie. Widziałem i mógłbym opisać dużo historii, ale ta, która wydarzyła się ostatnio nie chce wyjść z mojej głowy.
Sobotnia noc. Impreza kręci się jak nigdy dotąd. Na środku parkietu obściskuje się namiętnie koleś z jakąś małolatą. Wtedy na schodach pojawia się moja koleżanka z podstawówki (już poważna pani). Ubrana elegancko, uczesana. Od razu widać, że zupełnie inna liga niż nasze klubowiczki.
Podeszła do baru, zamawiając butelkę drogiego alkoholu. Bierze łyka prosto z butli, po czym zaczyna kierować się w stronę parkietu. Rozdziela tańczącą parę i rozbija butelkę na głowie chłopaka. Padł na ziemie jak długi, wtedy go opluła, powiedziała coś i jak gdyby nigdy nic ruszyła w stronę wyjścia. Za nią zszokowani ochroniarze i ja też.
Kiedy próbowali ją zatrzymać, kazała pokazać sobie licencję ochroniarską, bo same mięśnie nie wystarczą, żeby coś jej zrobić. Dodała nawet, że szybko może nas zniszczyć, bo każdy wie, że wpuszczają nieletnich, a tam sprzedawane są narkotyki.
Na moje pytanie czemu to zrobiła, powiedziała: "Mógł nie podnosić ręki na moją młodszą siostrę".
I poszła sobie, a nasze karki nie potrafiły nawet nic zrobić (w sumie dobrze xd).
No i tyle. Siostrzana miłość :D |
1,055 | Czytałam tutaj sporo historii opowiadających o pierwszym razie, który został zakłócony wtargnięciem rodziców do pokoju. Wiele osób było zdziwionych, że tak dużo rodziców wchodzi do pokoju bez pukania. Mnie to wcale nie dziwi, u mnie w domu nie ma czegoś takiego jak prywatność. Moi rodzice jej nie uznają.
Mama jest pedantką, przez co prawie raz w miesiącu grzebie nam w rzeczach twierdząc, że ona tylko sprząta. Nie dociera do niej, że sama mogę to zrobić lub że nie chcę, by grzebała w moich rzeczach. Niby rozumie, ale i tak gdy nie było mnie w domu "myszkowała" w moich rzeczach i brata. Pamiętam jaką zrobiła mu aferę, gdy znalazła w jego plecaku prezerwatywy.
Tata jest jeszcze gorszy, w ogóle nie dociera do niego, że jak zamykamy drzwi od swoich pokojów, to nie chcemy tam "nieproszonych gości". On i tak musi tam wejść nie zważając na nasze protesty. Bo to w końcu jego dom. No ale żadne z nas nie może przebrać się w pokoju, bo nie wiadomo kiedy zachce mu się nas odwiedzić. A zamknięte drzwi to wręcz dla niego zachęta. A myślicie, że jak wejdzie i zobaczy nas w bieliźnie lub bez niej to przeprosi i wyjdzie?! W życiu! Wejdzie dalej twierdząc, że czegoś potrzebuje. Nie mamy w drzwiach zamka, tak więc musimy przebierać się w łazience.
Raz gdy wróciłam ze szkoły siedział w domu w towarzystwie kolegów. Grzecznie się przywitałam i poszłam się przebrać do pokoju. Zamknęłam drzwi i liczyłam, że tylko szybko bluzkę zmienię. Zdejmuję ją, aż tu nagle tatuś otwiera drzwi mówiąc, że chce coś pokazać jego kolegom, którzy na mój widok w staniku robią w tył zwrot, a tatuś jeszcze ich zaprasza, by weszli... W życiu go tak z matką nie opierniczałyśmy jak wtedy, ale on tylko z głupim uśmiechem stwierdził, że przecież nie mam się czego wstydzić. Prośby, groźby na niego nie działały.
Mój brat zaczął przyprowadzać do domu dziewczynę. A jak wiadomo, młodzi lubią się poprzytulać, pomiziać, więc by "nie gorszyć" nas tym widokiem, zamykali się u niego w pokoju i całowali się tudzież obściskiwali. Oczywiście tatko miał to w dupie i i tak wchodził do pokoju młodych przyłapując ich może nie w dwuznacznej sytuacji, ale jednak niezbyt komfortowej. Potem na spotkaniach rodzinnych opowiadał jak to dziewczyna brata jest zła, bo obściskuje się przy nas. Tak...
Zemsta sama go za to spotkała. Niedawno za zamkniętymi drzwiami rozmawiałam na Skypie z koleżankami, aż nagle wkroczył do mego pokoju tatko, przelazł przez cały pokój, paradując przed kamerką ubrany tylko w jakieś stare majty. Koleżanki wpierw nie wiedziały co zrobić, a potem zaczęły się głośno śmiać. Tata jak tylko usłyszał, odwrócił się i zobaczył włączoną kamerkę, to szybko czmychnął z pokoju. Krzyknęłam jeszcze za nim:
- Ależ nie masz się czego wstydzić!
Może wreszcie doceni zalety pukania. |
1,055 | No więc tak: mieszkam sobie w dość dużym mieście. Choć mam już dobre 20 parę lat, nadal mam fobię, która narodziła się w dzieciństwie. I nie, nie boję się pająków, węży, duchów... Boję się kur. Dla innych ludzi to normalne zwierzęta gospodarskie, ale boję się sposobu ich chodzenia, ich wzroku... Gdy tylko popatrzę... Nie! Nawet jak pomyślę o kurze, dostaję dreszczy. Dobra, ale przejdźmy już do historii.
Miałam chłopaka, nazwijmy go Jan, który oczywiście wiedział o mojej dziwnej fobii. Pewnego ciepłego lata Jan zaprosił mnie na wakacje na Mazury. Ale wszystko w ostatniej chwili zostało odwołane, bo w hotelu, do którego mieliśmy jechać, był remont. I co mój kochany luby zrobił w takiej sytuacji? Zaprosił mnie do swoich rodziców na kilka dni. Nie miałabym nic przeciwko, ale jego rodzice mieszkają na wsi. Nie to, że nie lubię jeździć na wieś, chodzi o to, że oni mają KURY.
Gdy tylko weszliśmy na podwórko, lekko zaczęłam się trząść, bo zauważyłam kilka kur, które chodziły sobie na dalszej części działki. No ale spoko, przez resztę dnia udało mi się ich uniknąć. Nadeszła noc.
Gdy ja starałam się zasnąć, Jan był w łazience, a jego rodzice spali. Już zamknęłam oczy, a tu nagle słyszę gdakanie. Natychmiast zerwałam się z łóżka, zaczęłam rozglądać się po pokoju, ale nie zauważyłam żadnej kury. Zdawało mi się - pomyślałam i dalej próbowałam zasnąć. Ale znowu usłyszałam gdakanie. Wstałam ostrożnie z łóżka i powtarzałam sobie w myślach "Spokojnie, jesteś bezpieczna", znowu gdakanie, ręce zaczęły mi się trząść, zaczęłam się pocić, odwróciłam się.
A tam dwie kury chodziły za kanapą, na której mieliśmy spać. Krzyknęłam tak, jakby mieli zaraz mnie zabić. Stałam cała spocona, a ciało mi drżało. I wtedy mój luby wyszedł z łazienki i zaczął się śmiać. Tak, śmiał się. Patrzyłam na niego i gotowała się we mnie złość. A on aż zgiął się wpół przez ten śmiech. I właśnie w tym momencie jedna z kur podfrunęła w moją stronę, ja się cofnęłam, przy okazji wpadłam na jakąś roślinę i uderzyłam głową w coś twardego. Straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu, a obok siedział mój Jan. Powiedział mi, że upadłam na kaloryfer. Już miałam go opieprzyć za to co zrobił, a on uśmiechnął się tylko i powiedział:
- To ja wpuściłem te kury do domu. Chciałem sprawdzić, jak zareagujesz. I wiesz co? Wszystko sobie przemyślałem, nie będę spotykać się z kimś, kto boi się małej kury. Myślałem, że przy mnie przezwyciężysz ten strach. Ale myliłem się. Nara. - i po prostu wyszedł.
I wiecie co? Większego dupka w życiu nie spotkałam. Na szczęście znalazłam nowego, normalnego mężczyznę, który akceptuje moją fobię. Za 2 miesiące się pobieramy.
Pozdrawiam,
przyszła pani J. Kurczaczek :) |
1,055 | Powoli tracę wiarę w ludzkość. Przed chwilą jedna pani kupiła swoim synom (około 9 lat) po e-papierosie, bo wszyscy w klasie już mają. Zaczynają mnie przerażać te czasy. |
1,055 | Mam 29 lat, mieszkam razem z mężem, synkiem i moją mamą.
Mój ojciec zmarł, gdy byłam dzieckiem. Mama żyje ze skromnej emeryturki. Nam też się nie przelewa.
Krótko po naszym ślubie w 2009 r mama zachorowała na raka. Moje rodzeństwo, brzydko mówiąc, umyło ręce. Ty z mamą mieszkasz, to ty się nią opiekuj.
Badania, wizyty prywatne, leki kosztowały majątek. Dla mojego męża było oczywiste zrezygnować z planów, marzeń, inwestycji na kilka lat, biorąc duży kredyt na leczenie mamy. "Bo mamę masz jedną"...
W tej chwili mama żyje. Jak może, to nam pomaga w opiece nad brzdącem.
Dla mojego męża jest jak własna matka, nie teściowa. I nie zawahałby się postąpić tak raz jeszcze :) |
Subsets and Splits