points
int64
-28
1.22k
story
stringlengths
40
4.36k
1,135
Mój chłopak przez całe gimnazjum był ministrantem. Uczęszczał na każdą mszę, jaką mógł. Miał indeks, który potwierdzał obecność na mszach, by później mógł podejść do bierzmowania. Proboszcz, który codziennie widział go w kościele przez 3 lata, tydzień przed bierzmowaniem odmówił mu udzielenia sakramentu.. bo zgubił indeks. Od tamtego momentu chłopak już nie wierzy w kościoły.
1,135
Jakiś czas temu moja dziewczyna przechodziła kryzys życiowy. Wiele razy mówiła mi, że jest cały czas smutna i wieczorami nie potrafi się powstrzymać od płaczu. Nie wiem czemu myślałem, że przejdzie za jakiś czas. To taka przebojowa dziewczyna - zaraz wróci do normalności. Pewnego dnia odwiedziłem ją bez zapowiedzi. Wyglądała jak cień człowieka. Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Każdego dnia pokazywałem jak bardzo mi zależy. Byłem bardzo troskliwy i czasami traktowałem ją wręcz jak dziecko..Robiłem pogadanki jak bardzo jest ważna i mówiłem o wspólnej przyszłości. Niby nic anonimowego, wszystko zaczęło się układać. Zaczęła żyć na nowo. Dziś rano znalazłem pod łóżkiem jej pamiętnik. Ciekawość wygrała i zacząłem go czytać. Pisała tam, że nie radzi już sobie, a dnia, którego odwiedziłem ją bez zapowiedzi planowała samobójstwo. To nie morał, to prośba. Nie ignorujcie.
1,133
Przez długi czas mieszkałam w Anglii, ale pewnego razu z pewnych powodów musiałam wrócić na trochę do Polski. Żeby nie siedzieć bezczynnie, zaczęłam pracować jako kelnerka w bardzo dobrym hotelu. Tego dnia musieliśmy pracować przy obsłudze przyjęcia, gdzie było wielu zagranicznych gości. Poza mną były jeszcze 4 osoby w moim wieku (plus minus), z tym że oni trzymali się razem, a ja za bardzo się z nimi nie lubiłam. W pewnym momencie otoczyli mnie z niemal paniką, pytając: - Tyyy, a jak oni mówią ''thank you',' to jak im odpowiedzieć po angielsku ''nie ma za co''? - You're welcome - odpowiedziałam. W tym momencie wszyscy zgięli się w pół i zaczęli krztusić ze śmiechu. - Przecież welcome to witamy! ''Jesteś powitany'' mamy im mówić? Byłaś w Anglii, a gadać nie umiesz. I odeszli nie lubiąc mnie jeszcze bardziej, za moje braki w wiedzy.
1,133
Miałam wtedy 6 lat. W miejscowości niedaleko mnie zapisałam się do szkoły muzycznej. Większość dzieci która również chciała się uczyć gry na jakimś instrumencie była od mnie dwa lata starsza lub młodsza. Była jeszcze jakaś 10 latka i on. Chłopak metr dziewięćdziesiąt. Z powodu iż nie należałam do rodziny wysokich, sama byłam tak zwanym "kurduplem". Sięgałam mu do pasa, lecz nie przeszkodziło mi to by następnego dnia chodzić po szkole i rozpowiadać koleżankom, że znalazłam miłość mojego życia. Co najlepsze- nie zamieniłam z nim żadnego słowa a on miał.... 16 lat. Do szkoły dostaliśmy się oboje. Okazało się, że nawet poszliśmy na ten sam instrument. Nie no to przecież przeznaczenie! Tylko był jeden problem... Na lekcje przychodziła z nim pewna dziewczyna. Zawsze czekała na niego i chodzili razem za rękę. W mojej małej główce dostałam okropnego olśnienia: ona chce mi odebrać chłopaka! A my przecież jesteśmy sobie przeznaczeni! Musiałam działać. Jako że mój ukochany miał lekcje zaraz po mnie wiedziałam, że spotkam tę dziewczynę i będziemy mogły porozmawiać sam na sam. Gdy wychodziłam z klasy minęłam się w progu z moim ukochanym. Posłałam mu uśmiech który od razu zamienił się w chęć mordu gdy zobaczyłam tę dziewczynę. Po zamknięciu się drzwi podeszłam do niej i powiedziałam, że musimy porozmawiać na osobności. Była trochę zdziwiona ale zgodziła się ciągle mówiąc z uśmiech na twarzy, że jestem słodka czy coś. Mnie osobiście bardzo to denerwowało. Zaprowadziłam ją w jakiś kąt i z spokojem(jak to bywa w różnego rodzaju bajkach i filmach których się naoglądałam) powiedziałam coś w stylu: „odczep się od Michała. Jest mój! Nie zepsujesz naszej miłości!”. Myślałam, że zacznie mnie przepraszać a ona się śmiała! Bezczelna. Popłakałam się. Ona wtedy się uspokoiła i zaczęła ze mną rozmawiać o mojej "miłości" do jej chłopaka. Na końcu stwierdziłam, że jest całkiem spoko dziewczyną i ostatecznie mogę jej odstąpić Michała. Tak oto moi drodzy, wyglądała moja pierwsza miłość. Niestety nie jesteśmy razem, i nie mamy dzieci. Ostatnio widziałam ich chyba na mieście z wózkiem, więc im w przeciwieństwie do mnie się powiodło :-) Pozdrawiam singlów!
1,133
Teatr Łódzkie Patusy przedstawia wam opowieść: "O suchym pysku" - historia tragiczna w jednym akcie. Wracając z uczelni postanowiłem zajść do osiedlowej żabki po coś do picia (mniej lub bardziej alkoholowego). Sklep ten położony w osiedlach starych kamienic oraz kampusu medyka ściąga jednostki wszelakie: od zwykłych studencików po skrajne patologie. Po chwyceniu dwulitrowej coli w promocji mój wzrok padł na niewątpliwych bohaterów dzisiejszego dnia. Ona: typowa wytapetowana Karyna blachara, On: rozwalony w barach Sebik z wyrazem cwaniaczka na twarzy, pomiędzy nimi wózeczek z istotą, która jeszcze nie wie jak przewalone życie się jej szykuje. Do obsady należy dorzucić Kasjerkę, prawdopodobnie dorabiającą studentkę. Historia właściwa: Jak na porządną rodzinę z łódzkich kamienic przystało zastałem ich przy kupowaniu złocistego płynu marki żubr w promocji 3 sztuki. Zajmując miejsce za nimi załapałem się akurat na dialog wyceny: Kasjerka - 5,56 się należy Sebik (lekko oburzony): Jak to ku*wa? Po dwa złote miały być! Kasjerka: No ale 3 sztuki wziąłeś, jest rabat. Sebik (wkurw do bólu): No to pie**ole kurwa! Nie kupuje ceny nie zmieniliście. I kieruje się do regału aby odłożyć butelki. Do akcji włącza się Karyna. Karyna: Co ty ku*wa odpie***asz no zapłać! Sebik: Nie ku*wa bo cena jest inna nie chce. Odkłada butelki. Spogląda na cenę. Duma dłuższą chwilę. Wreszcie przypomniał sobie podstawowe działania matematyczne i ogarnął, że 3x2 daje 6 a 6 złotych to więcej niż wymagane przez kasjerkę 5,56. Speszony lecz wciąż próbujący zachować twarz wraca zatem do Pani która nie kryje oburzenia: Karyna: No i ku*wa co odpie***lasz? Sebik: Nie pijemy dziś. Karyna: Niby ku*wa czemu? Sebik: Ch** z nimi nie chce mi się w kolejce stać. Spojrzałem na twarz kasjerki, której zbolałe spojrzenie uświadczyło mnie w przeświadczeniu, że to nie pierwsza tego typu akcja. Postanowiłem zabrać pozostawione przez bohaterów (którzy wraz z pociechą opuścili sklep) butelki ze złocistym płynem. Po wyjściu ujrzałem ich oddalających się w stronę zachodzącego słońca. Epilog: Po powrocie do domu otworzyłem pierwszą butelkę. Wygrałem dwa żubry. Ech los jest przewrotny niestety. Mogły należeć do nieszczęśliwych kochanków. Gdyby tylko Sebik nie połasił się na 40 groszy.
1,131
Moja siostra jest raczej nieśmiałą i delikatną osóbką o równie delikatnym typie urody. Duże oczy, blond włosy, duże usta. Ogólnie wygląda jak słodka dziewczynka z Ukrainy z wiankiem na głowie :) Ma 15 lat. Pewnego dnia idziemy razem przez park, kiedy obok zauważyłem sklep z grami. Oczywiście musiałem zerknąć na galeryjkę. W tym samym czasie moja siostrunia spacerowała sobie wokół fontanny. W pewnym momencie usłyszałem, że jakiś typ próbuje się zalecać do MOJEJ siostry! Już chciałem gościa przegnać, ale stała się najbardziej epicka rzecz, jaką mogę powiązać z siostrą! Typ chwali się, że wyciska 100 na klatę. Że może sobie popatrzeć jak chce itp. Moja siostra ewidentnie znudzona zalotami słucha dalej. Gostek opowiada, że każdy ma do niego respekt na dzielni. I barwi te historie. I barwi. I czaruje... Nagle moja siostra (wcielenie delikatności) już totalnie zdegustowana mówi: - Delfin. - Co? - Brakuje mi delfina w tej historii.. - Zabawna i piękna... He, he! - Jest naprawdę tyle sposobów, żeby zrobić na kimś dobre wrażenie. Dlaczego nie wykorzystałeś żadnego z nich?? Bo sam fakt, że jesteś mężczyzną, to niestety za mało, żeby zrobić na mnie dobre wrażenie... Mi szczena opadła, a typ ulotnił się szybciej niż alkohol na domówkach :D
1,131
Czytam Wasze wyznania i stwierdziłem, że w moim życiu zdarzało się "kilka" ciekawych i śmiesznych sytuacji, więc ta będzie jako pierwsza. Kiedyś na imprezie poznałem świetną dziewczynę, rozmawiałem z nią dość sporo (jeszcze korzystało się z Gadu-Gadu). Po dłuższym czasie postanowiłem ją odwiedzić, z racji że mieszkała w innym mieście umówiliśmy się, że spędzę u niej cały tydzień (wynajmowała mieszkanie, więc nie było przeszkód). Całego pobytu nie będę zdradzał, ale pamiętam następującą sytuację. Pewnego wieczora, gdy prawie spałem (stan w którym jakby jest świadomość, ale się śpi), a ona leżała obok mnie niczego nieświadoma i oglądała telewizję, ja strzeliłem wpółprzytomny tak głośnego bąka, że chyba obudziłem sąsiadów dookoła i na krótką chwilę zmieniłem dość znacząco ciśnienie gazów w pomieszczeniu xD . Oczywiście jednocześnie się ocknąłem. Nie wykonując żadnych ruchów zdałem sobie sprawę co zrobiłem i wybrałem najlepsze możliwe rozwiązanie, mianowicie udawałem, że śpię dalej. Ona wstała, uchyliła okna, zaczęła się śmiać i położyła się ponownie obok mnie. Chyba jej się spodobało, bo jesteśmy 5 lat razem :D
1,130
Mając dwanaście lat odkryłam co to masturbacja. Już wcześniej wiedziałam co to seks ale wtedy nie wiedziałam jeszcze że można to robić samemu. Nie będę się rozpisywać jak to robiłam, ale zdradzę wam że przez pewien czas miałam taką długą, szklaną rurkę po soli do kąpieli. Tę rurkę podczas kąpieli wkładałam sobie w wiadome miejsce, jednak nie za głęboko żeby nie stracić z nią dziewictwa. Pięć lat później straciłam je z największym kretynem jakiego znam. No kurde co mi w tej rurce nie pasowało?
1,129
Ostatnio moja mama wysłała mi zdjęcie nowo narodzonej córeczki mojego kuzyna. Noworodki nie działają na mnie rozczulająco, wiec zapytałam mamy, czy ja też byłam takim brzydkim, czerwonym i pomarszczonym stworem. Moja mama odpowiedziała: "Nie zastanawiało cię nigdy dlaczego z tatą zaczęliśmy ci robić zdjęcia dopiero jak skończyłaś 6 miesięcy?". :/
1,129
Cóż... Przeczytałam na anonimowych świetną historię, jak brat bratu robił różne dowcipy, postanowiłam, że jeden z nich wykorzystam i wieczorem wsadziłam kostkę rosołową do słuchawki prysznicowej, miałam nadzieję, że ktoś z domowników rano skorzysta z prysznica. Wstałam koło 9, zapomniałam o tym co zrobiłam wieczorem i poszłam wziąć prysznic. Takim oto sposobem jedyną osobą, której zrobiłam psikusa stałam się ja sama. Chyba nie jest mi pisane bycie śmieszką.
1,129
Najbardziej żenująca akcja, jaką zaliczyłam w życiu. Byłam ze swoim chłopakiem w hipermarkecie, robiliśmy ogromne zakupy na zapas, a miałam okres i nie za dobrze się czułam. Zaciskałam zęby, bo wiedziałam, że tylko dzisiaj mamy czas na zrobienie tych zakupów, ale czułam, że zaraz muszę odwiedzić galeriową ubikację. Staliśmy akurat między regałami, gdzie raczej nikogo nie było widać, więc lekko podciągnęłam majtki przez spodnie, żeby poprawić sobie podpaskę i skontrolować "stan namoczenia" (dziewczyny, dobrze wiecie, że da się to sprawdzić na czuja...). Byłam akurat w trakcie wybierania proszku do prania, ale podciągnęłam te majtki i półżartem rzuciłam do chłopaka: "No, brocha szczelna, chyba nic mi nie wyciekło. Zobacz, czy nie mam plamy na dupie?" - i trąciłam go w ramię, żeby obejrzał. Nie jego. Mój chłopak od dłuższej chwili stał dwa regały dalej, a ja wygłosiłam elaborat o brochach i plamach obcemu facetowi. Jako ciekawostkę dodam, że odpowiedział mi: "Nic pani nie ma" i uśmiechnął się z politowaniem. Mam ochotę przytrzasnąć sobie głowę drzwiami, jak tylko przypomnę sobie ten dreszcz wstydu.
1,129
Akcja, którą opiszę wydarzyła się ponad rok temu, ale odcisnęła piętno na mojej psychice chyba już do końca życia. Mianowicie, moja dziewczyna (nazwijmy ją Kasią) musiała zrobić badania sanepidowskie, a jak powszechnie wiadomo w tym celu trzeba trzykrotnie zanieść tam próbkę ykhm… kału. Nadszedł dzień zaniesienia pierwszej próbki, a że mi się nudziło postanowiłem towarzyszyć Kasi w tej wyprawie. „Próbka” szczelnie zapakowana w specjalnym pojemniczku, schowana na dnie torebki. Na miejscu Pani laborantka uprzejmie poprosiła Kasię o jej dane oraz „próbkę”, jednak po spisaniu danych musiała gdzieś na chwilę wyjść. Wtedy zobaczyłem, że Kasia panicznie grzebie w torebce. Zapytałem więc „Co zgubiłaś?”. W odpowiedzi usłyszałem „GÓWNO!”. Aż mnie zamurowało. Myślę, o co chodzi? Czemu się do mnie tak brzydko odzywa? I wtedy moim oczom ukazał się pusty pojemniczek, BEZ WKŁADU. Zrozumiałem – z tym „gównem” wcale nie kłamała… Ale najlepsze wydarzyło się dopiero na koniec. Kasia wpadła na genialny pomysł przyspieszenia poszukiwań poprzez wysypanie całej zawartości torebki na ladę nadal nieobecnej Pani laborantki. Wiadomo w torebce można znaleźć wszystko, ale widok wypadającego z niej gówniaka rozłożył mnie całkowicie. Wybuchłem śmiechem, a Kasia jak najszybciej zebrała próbkę do pojemniczka. Dosłownie 2 sekundy później wróciła Pani laborantka, patrząc na nas (wkurzoną do granic Kasię i mnie płaczącego ze śmiechu) jak na idiotów. Na szczęście nie zorientowała się co tam przed chwilą się wydarzyło. Jak to mówią SHIT HAPPENS.
1,129
Któregoś dnia spacerując z psem pod blokiem, zauważyłem sąsiadów, małżeństwo około 60, którzy zmierzali w kierunku śmietników z dwoma wielkimi worami. Jako że szli dość blisko, usłyszałem ich rozmowę. Sąsiad zapytał żonę, czy nie za szybko wyrzucają rzeczy po jej ojcu, na co ona odrzekła "Na cholerę mi stare rupiecie w domu, ojciec tych gratów pełno trzymał, nie pozwalał wyrzucić, wreszcie mogę się badziewia pozbyć". Ku mojemu zdziwieniu sąsiadka nie wyglądała na zmartwioną tym, że jej ojciec dzień wcześniej odszedł, raczej wyglądała na zadowoloną, że już "po problemie" (pamiętam, że ten starszy pan był schorowany i wymagał opieki). Mąż sąsiadki chyba jest dość przesądny, bo na koniec ich rozmowy rzucił zdanie, że dziadek się za to pewnie zemści. Nikogo akurat w pobliżu nie było, więc postanowiłem zajrzeć do owych worków, a w nich znalazłem stare monety, klasery ze znaczkami, kilka kompletnych przedwojennych mundurów oraz wiele innych antyków. Wziąłem worki do domu, zadzwoniłem do wujka, który zna trochę środowisko kolekcjonerów. Ogólnie udało mi się wszystko sprzedać za niecałe 14 tys zł. W duchy nie wierzę, ale wygląda na to, że słowa sąsiada o tym, że starszy pan się zemści były trafione. Oni od dawna mają problemy finansowe, a ja właśnie za zarobioną kasę rezerwuję sobie wycieczkę dla siebie i mojej narzeczonej.
1,128
Pracuję w sklepie obuwniczym w znanej sieciówce. O klientach można by książkę napisać. Dzisiaj kobieta rozwaliła mi uczucia. Przez radiowęzeł podają, że zgubił się mały Nikodem i czeka na rodziców. Na co kobieta czekająca w kolejce do zapłacenia za buty skomentowała: Uuuuaa, ktoś zgubił 500+ :D
1,128
Jestem naturalnie okrutnie blada i odkąd pamiętam ubieram się na czarno. Sytuacja miała miejsce na imprezie urodzinowej mojej koleżanki, jak to bywa na takich imprezach, troszkę wypiłam i gdy zaczynało szumieć, postanowiłam iść się przewietrzyć. Była około 2 w nocy, padał deszcz, chwilę wcześniej tańczyłam bez butów, więc jak stałam tak wyszłam, boso, w czarnej kiecce. Idę sobie chodnikiem, patrzę: cmentarz - czemu nie? Przejdę się. Podchodzę, szarpię za bramkę - zamknięta, więc stwierdziłam, że wracam. Odwracam się, a parę metrów ode mnie stoi facet, oczy jak talerze, gęba otwarta. Gdy zaczęłam iść w jego stronę, usłyszałam tylko "ja pie#$%^ę!". W życiu nie widziałam, żeby ktoś tak szybko uciekał :D
1,127
O tym, jak karma wraca. Dawno temu, kiedy byłam w szkole podstawowej, kolega oskarżył mnie o kradzież figurki pokemona. Oczywiście nie ukradłam jej. Ale zawsze byłam na celowniku, bo moja mama była woźną w szkole, w której się uczyłam, a uczniowie mojej klasy należeli do ''wyższych sfer''. Pokrótce wyglądało to tak, że koledze A (powiedzmy sobie, że to był Michał) zginęła figurka; a kolega B (dajmy na to Tomek) nagle narobił rabanu, że widział jak ją chowam do plecaka, że wszyscy mają na mnie uważać i takie tam. Kiedy w plecaku nic nie znaleziono, Tomek zaraz miał wytłumaczenie, że zniknęłam na dużej przerwie i na pewno zaniosłam mamie figurkę. Ja się popłakałam, pani nie zrobiła afery, a kolega A stwierdził, że nic się nie stało, kupi sobie nową figurkę. Niby nic, ale dziecku psychikę przeryło. W podstawówce już nikt nie zapraszał mnie na urodziny, do domu itd. Na wycieczkach szkolnych nikt nie chciał być ze mną w pokoju. W szkole średniej wreszcie miałam święty spokój, ale uraz jakiś pozostał i nawet jak ktoś prosił mnie abym wyciągnęła mu coś z plecaka, to stanowczo odmawiałam. Jak odwiedzałam kogoś, to starałam się być na widoku i nie kręcić się po pokoju, bo jak coś zginie - będzie na mnie. Lata mijały, ja skończyłam studia. Firma mojego serdecznego przyjaciela (nie, nie jesteśmy parą, on woli chłopców ;>) rozwinęła się na tyle, że zaproponował mi pracę, kiedy jej szukałam. Po kilku latach zostałam dyrektorem finansowym, a firma zmieniła formę prawną i rozrosła się jeszcze bardziej. W związku z rozwojem firmy potrzebowałam kilku pracowników do swojego działu. Zatrudniłam 5 osób na różne stanowiska; w międzyczasie zatrudniono ok. 11 osób do dział handlowego. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam Tomka - tak, kolegę B! Od jakiegoś czasu zaczęły w firmie ginąć różne rzeczy - non stop zamawialiśmy ogromne ilości papieru i ciągle go brakowało; ginęły produkty naszej firmy, nawet serie limitowane, które musiały zgadzać się co do sztuki. Rozpoczęto śledztwo. Tomek dziwnym trafem znowu widział, jak chłopak z mojego działu wynosi różne rzeczy do bagażnika swojego samochodu. W aucie mojego pracownika nic nie znaleziono, ale Tomek twierdził, że to jest oczywiste, bo wszystko ukradł wczoraj i zdążył zawieźć do domu. Słuchałam tego w spokoju, po czym powiedziałam: "Tomek, weź kluczyki do swojego auta". "Po co?' - nerwowe krople potu zaczęły spływać mu po czole. "Zobaczysz. Weź kluczyki i idziemy na parking. Panie prezesie, pójdzie pan z nami?". W bagażniku leżały cztery kartony papieru, produkty naszej firmy, nawet skubaniec ukradł ''psikacze zapachowe'', które mieliśmy w łazienkach. Mój pracownik został oczyszczony z zarzutów, a ja po latach wreszcie uwolniłam się od mojego urazu psychicznego.
1,127
Zaczęło się w gimnazjum. Początek młodzieńczego buntu. Zwykle ludzie mają z tego okresu dobre wspomnienia, mimo wszystkich głupot wszystko skończyło się dobrze. Nie tym razem. Miałem grupkę znajomych - wszyscy z jednego osiedla, od dziecka razem. Kilku facetów, kilka dziewczyn. Dodam też, że lubiliśmy rocka, więc już w pierwszej gimnazjum - pod wpływem starszych kolegów - zaczęliśmy być punkami. Zaczęło się od wyjścia na piwo. Po kilku takich wypadach przyszedł czas na tanie wina. W połowie drugiej gimnazjum mieliśmy już za sobą pierwsze cięższe narkotyki. W zawodówce - również wszyscy razem poszliśmy - libacje były jeszcze gorsze. Kilka dni z rzędu w ciągu, żadnej zmiany ciuchów (bielizny też). Chodziliśmy brudni, śmierdzący. Mimo że rodzice nam już nie dawali kasy my mieliśmy swoje sposoby - kradzieże, pożyczki pod zastaw. Byliśmy wrakami. A że trzymaliśmy się grupą, to praktycznie każdy z każdym sypiał. Jeszcze przed 18-tką uciekliśmy z domów i zajęliśmy stary budynek na obrzeżu miasta i tam zamieszkaliśmy. Trwało to chyba do 20 roku życia. Wtedy nastąpił pierwszy wstrząs - dwójce z nas wyszedł pozytywny test na obecność HIV. Co zrobiliśmy? Przestaliśmy używać wspólnych igieł. Jedna z tych osób - dziewczyna - nie wytrzymała psychicznie, że jest zarażona tym świństwem i popełniła samobójstwo. To był kolejny wstrząs. No ale nic, trzeba imprezować dalej. Jeszcze dobre dwa lata tak żyliśmy. Często byliśmy notowani, odwożeni na izbę wytrzeźwień. Mandatów już nam nie wypisywano - i tak byśmy nie mieli za co ich zapłacić. Razem z dwoma kumplami wpadliśmy podczas próby kradzieży pieniędzy z jakiegoś sklepiku - sprzedawca zaczął się z nami szarpać. Zamiast go po prostu znokautować i wziąć hajs - zaczęliśmy go okładać. Ktoś zadzwonił po policję, blisko był patrol. I tak trzech blisko 23 latków usłyszało zarzuty - ciężkie pobicie i próba kradzieży. 4 lata w więzieniu. W tym czasie odbyliśmy odwyk. Jeden z nas się powiesił. Od wolnych znajomych dowiedzieliśmy się, że kolejna osoba się zaćpała na śmierć. Co pozwoliło mi wyjść z tego bagna? Nie więzienie - mógłbym wyjść i wrócić do dawnego życia. Pomogła mi wiara. Tak - nawróciłem się w czasie pobytu w zakładzie. Gdyby nie to, wątpię że bym jeszcze teraz żył. A aktualnie może nie mam luksusów, lecz wynajmuję kawalerkę i pracuję na złomowisku. A teraz rada dla "młodych gniewnych i zbuntowanych" - nie tykajcie narkotyków, nie staczajcie się aż tak. Nie warto tracić zdrowia i życia.
1,127
Dobijam trzydziestki. Mając niecałe 27 lat wyjechałam do Stanów – dostałam świetną pracę, wymarzoną, w końcu mogłam się realizować. Rodzinę kocham strasznie i było mi ciężko, ale podjęłam decyzję – drugi raz taka szansa może się nie trafić. Pracowałam dniami i nocami, pojęcie „dzień wolny” było mi kompletnie nieznane. Byłam zmotywowana tym bardziej, że było widać efekty i byłam doceniana m.in. poprzez kolejne awanse. Kariera, kariera… Ale z rodzinką kontakt był. Martwili się, że zdrowie, że brak czasu, że tęsknimy… I on. Mój facet. Najcudowniejszy i najważniejszy, serducho moje cudne – pięcioletni bratanek Michał. Któregoś dnia zadzwonił na Skype powiedzieć, że w weekend (był wtorek) gra pierwszy w życiu mecz i że strasznie by chciał, żebym go zobaczyła. To mówię – OK, powiemy tacie, żeby zabrał tablet i będę na Skype oglądać. „Nieee, ciocia. Tu chcę, żebyś była!”. Skubany ;) Ale wtedy we mnie pękło, to jak mówił, że tak strasznie by chciał… Cóż. Telefon do szefa, 2 lata w domu nie byłam, chcę 2 tygodnie, koniec i kropka. Marudził, ale się zgodził. Bilety kupione, nic nikomu nie powiedziałam. I ruszyłam (co też było jednym wielkim „spontanem”, ale się udało!). Mina Michała, jak ciocia w potarganym płaszczu i ze złamanym obcasem (nie polecam podróżowania na ostatnią chwilę) biegnie po usłyszeniu gwizdka rozpoczynającego mecz – bezcenna. Krzyk, radość, przerwanie meczu, mina rodziny – warto było! Widziałam się ze wszystkimi, a że były wakacje, to Michał towarzyszył mi dosłownie wszędzie. Sobota, ostatni weekend przed wyjazdem, prosi, żebym poszła z nim w niedzielę do kościoła na mszę dla dzieci. Więc idziemy. Przy ołtarzu zbierają się dzieci, jak zwykle podczas kazania ksiądz idzie do nich z mikrofonem i będzie dyskusja. Było o marzeniach, o tym, co dzieci chciałby dostać itp. Padają „misie”, „lalki”, „autka”, „komórki” i inne rzeczy. Nagle moja przylepa odrywa się ode mnie i biegnie do ołtarza. Ciekawa tego co usłyszę patrzę, jak młody przedziera się tam, ze też coś chce powiedzieć. „Bo ja to, proszę księdza, bym chciał coś takiego, że chcę, żeby moja ciocia tu została. Nie chcę żeby wracała tam do Jorków (tak, tak, Nowy Jork :P), bo ją strasznie kocham i niech tu zostanie! Tata i babcia mówią, że za nią tęsknią, ale to ja tęsknię najbardziej! Ja oddam wszystkie zabawki, te nowe, co ciocia mi kupiła też, ale niech zostanie”. Soczewki wypłynęły mi ze łzami, wyglądałam jak panda, nosem pociągałam do końca mszy, a małego z rąk nie wypuszczałam :) Wrócić do Jorka musiałam. Ale to było moje ostatnie pół roku, zrozumiałam, że karierę robić mogę też tutaj, a chwile z rodziną, a zwłaszcza z moim serduchem – są bezcenne! A mój brat się cieszy, że chociaż jednemu facetowi w życiu udało się ukraść moje serce :)
1,126
Tak bardzo anonimowe, że bardziej się nie da. Pokłóciłem się z moją siostrą o to, kto pierwszy idzie się kąpać. W czasie, gdy oboje siedzieliśmy w łazience sprzeczając się, moja dorosła prawie 20-letnia siostra zsikała się do wanny i krzyknęła "zaklepane!". Życie już nigdy nie będzie takie samo.
1,126
Historia zasłyszana od Babci i w 200% prawdziwa. W tamtym okresie, moja Babcia była naprawdę zapracowaną kobietą, matką dwóch synów i osobą głęboko wierzącą w 'coś więcej' po śmierci. Był ranek, kiedy moja Babcia zdecydowała się, że musi wyjść i załatwić ważną sprawę. Mój wujek, wówczas czteroletni jeszcze spał, a ona nie miała serca go budzić i wlec się z nim po mieście. Jednak w domu nikogo nie było (mój Tata w szkole, dziadek w pracy) i chłopak nie miał z nim zostać. Babcia stwierdziła jednak, że wszystko nie powinno zająć jej więcej niż pół godziny, więc zostawiła mieszkanie zamknięte na klucz, a w nim swojego czteroletniego, śpiącego syna. Kiedy wróciła, drzwi były zamknięte, tak jak je zostawiła. Jednak wchodząc do mieszkania poczuła zapach jajek. Tak, jajek. Spanikowana wbiegła do pokoju swojego syna, spodziewając się najgorszego. Jednak na pewno nie tego co tam zastała. Otóż jej syn był ubrany, jego łóżko było zaścielone, a on przeglądał zadowolony jakąś książeczkę. Babcia spróbowała się czegoś dowiedzieć. B: Kto Cię ubrał? W: Babcia. Ubrała mnie i zrobiła pyszne śniadanko. B: Jaka babcia? W: Moja Babcia. Babcia Agnieszka. Agnieszka to imię mojej Prababci, mamy mojej Babci. Zmarła kiedy moja Babcia miała 2 lata. No i faktycznie. U kuchni na stole stał talerz z niedokończonym posiłkiem, posmarowaną masłem kromką chleba i jeszcze ciepłą herbatą. Co mogła zrobić po tym wszystkim moja Babcia? Podziękowała Mamie za pomoc.
1,125
Mam 20 lat. W wieku 19 zaszłam w ciążę z moim chłopakiem, którego moi rodzice nie poznali jeszcze wtedy. Ogólnie miałam z nimi dobry kontakt, ale tata zawsze na mnie krzyczał jak coś źle zrobiłam, nawet raz mnie spoliczkował. Bałam im się powiedzieć o tym, że za 9 miesięcy zostaną dziadkami. Moja starsza siostra nigdy nie zrobiłaby takiej głupoty w moim wieku. Przecież ona jest tą idealną wersją dziecka. Wiedziałam, że będę musiała rzucić studia i że będzie nam cholernie ciężko. Wieczorem Mateusz przyszedł do mieszkania. Kiedy powiedziałam mu, że jestem w ciąży, rozpłakałam się. Nie wiedziałam co mam robić. A on co? Zaczął tańczyć z radości, przytulił mnie, spojrzał głęboko w oczy i uśmiechnął się (kiedy się uśmiecha, wygląda jakby miał pięć lat, taki z niego dorosły 23-latek). Przyszedł dzień, kiedy postanowiliśmy spotkać się z moimi i jego rodzicami, żeby powiedzieć im "dobrą nowinę". Wolałam spotkać się w restauracji, przy ludziach, by tata się powstrzymał od krzyku. Weszliśmy do restauracji. Rodzice Mateusza czekali już przy stoliku, dosłownie po minucie weszli moi rodzice. Kiedy się przywitali i usiedli, Mateusz wstał, stanął za mną i oświadczył, że cała czwórka będzie miała wnuczkę lub wnuczka. Wtedy mój tata powiedział coś, czego nigdy mu nie wybaczę. Zapytał, czy jest jeszcze szansa na aborcję. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, że płaczę. Mateusz powiedział, że nigdy na to nie pozwoli i jak coś nie pasuje moim rodzicom, to lepiej, żeby już poszli. Co najlepsze moja mama wstała i wyszła, a zaraz za nią tata. Dziś jestem szczęśliwą mamą, mam najlepszego narzeczonego, najbardziej troskliwych przyszłych teściów i najpiękniejszego synka na świecie. Planuję ślub, za rok chcę wrócić na studia. Z rodzicami nie rozmawiam do dzisiaj. Dzwoniłam do nich milion razy, wysyłałam zdjęcia Przemka, ale oni nic. Tylko oni się ode mnie odwrócili, a reszta rodziny przyjeżdża (nawet babcia i dziadek, starsze pokolenie wychowywane w czasach wojny) i odwiedza całą naszą trójkę.
1,125
Początek lipca. Słońce świeci pięknie cały dzień, czemu zatem męczyć się w spodniach? Zarzucam letnią sukieneczkę, klapki i ruszam na spotkanie z koleżanką. Siedzimy w wiedeńskim metrze, gdzie po jakimś czasie wpada mi w oko siedzący kilka metrów dalej osobnik płci przeciwnej. Nic to, jestem typem wolącym dać się uwieść, niż sama wybrać się na łowy, zapominam zatem o niedoszłym. Rozmowa czystym niemieckim z koleżanką ciągnie się jeszcze po wtopieniu się w tłum na ostatniej stacji. Nagle, tuż za plecami słyszę niemrawe "fajna suczka!" prosto z ust niedoszłego. Odwracam się, stoicki spokój zachowany. Równie piękną, jak on, polszczyzną odpowiadam: - Dziewczyna, jak już. Prostaku, następnym razem będzie w pysk!
1,124
Mam 22 lata i brak czucia w lewej ręce (od 12 roku życia). To słowem wstępu. Od dziecka marzyłem o podróżach po świecie, byciu typowym obieżyświatem, który pracuje za miskę zupy. Kiedy powiedziałem o tym rodzicom, wyśmiali mnie, z góry zakładając, że sobie nie poradzę bez jednej ręki. W wieku 18 lat ponownie podjąłem temat mojego marzenia. Matka z ojcem jednogłośnie stwierdzili, że jeśli to są moje życiowe ambicje, to śmiało mogę się wynieść, bo takiego syna to oni nie chcą i w każdej chwili mogą zaadaptować jakiegoś dzieciaka z domu dziecka. Widocznie byłem dla nich bardzo ważny... Pozdrowienia z Meksyku, Anonimowi! :)
1,123
Historia o dresach i metalowcach. Sam mieszkam w domu jednorodzinnym, ale w "obwodzie" mojej zarówno podstawówki jak i gimnazjum znalazły się kamienice z mieszkaniami socjalnymi, gdzie ulokowano największa patologię miasta, jak i blokowiska pełne barwnej młodzieży, a nawet dom dziecka... Także początkowe etapy edukacji współdzieliłem z typowymi sebkami. Oczywiście kiedy mieli po 7 lat, tacy nie byli, ale sporo z nich zakończyło swoją edukację na gimnazjum i zasiliło szemrane towarzystwo na osiedlach. Ale nie ma co, chłopaki z osiedli o kolegach ze szkoły nie zapominają. Szczególnie, że z wieloma z nich się widziałem codziennie przez 9 lat edukacji. Sam jakoś w gimnazjum zboczyłem na ścieżkę ciężkiej muzyki i tak mi zostało i mój wygląd to zdradza... czym od czasu do czasu prowokuję różne zaczepki ze strony dresiarni różnej maści. Jakiś czas temu wracałem już późnym wieczorem z imprezy. W bramie jak to w bramie, stoją dresiarze i są zajęci swoimi sprawami. - Ej, kurwa brudasie! - Słyszę nagle z ich strony. - Kurwa, to mój kumpel z podstawówki, jeszcze raz go brudasem nazwiesz to ci przypierdolę - dodał bliżej niezidentyfikowany głos... Chociaż mam swoje podejrzenia.
1,121
Czytam sobie anonimowe i w pewnym momencie natrafiam na wyznanie o braku reakcji na wypadek. Należę do osób dość agresywnych i wrednych. Większość gdy mnie widzi za wszelką cenę próbuje nie nawiązać kontaktu wzrokowego (a nie jestem brzydka, po prostu mam taki wzrok). Dlatego też większość się dziwi, kiedy wspominam o tym, że w przyszłości chcę ratować ludzi. Moi rodzice to naprawdę gorliwi katolicy, i to tyle słowem wstępu. Jechaliśmy do babci - ja, mój tata i moja siostra. Siedziałam z przodu ze słuchawkami w uszach, ignorując kolejną piosenkę zespołu ABBA puszczaną ze starej kasety taty. Mijamy kolejne zakręty. Czekam na koniec jazdy (mam chorobę lokomocyjną) i wtedy widzę to. Mężczyzna około 50. leży na ścieżce dla rowerzystów nieprzytomny. Pierwsza reakcja: mówię do taty "zatrzymaj się!". Niemal krzyczę nie odrywając wzroku od nieprzytomnego. Mijamy go bez słowa. Odwracam się w stronę mojego rodziciela i co widzę? Cholerny szeroki uśmiech. Krzyczę już prawie płacząc, żeby się zatrzymał - w zamian otrzymuję śmiech. Mój własny ojciec, upominający mnie w kościele gdy rozmawiam, mówi mi w twarz, że nie stanie, bo przecież nikt nie staje, to on nie będzie inny. Już we mnie buzuje, ze łzami w oczach mówię mu, że więcej się po nim spodziewałam, życzę, żeby mu też to się stało. Jedziemy dalej, mój rodziciel szczęśliwy jak nie wiem co zerka co chwilę w moją stronę. OK, może ktoś inny okaże się bardziej ludzki (nie mówcie, że mogłam zareagować, bo zareagowałam). Już się uspokajam, odwracam wzrok do okna. Mijamy chłopaka, widocznie zmęczonego pracą, z głową położoną na kolanach. Wtedy usłyszałam coś tak okropnego, że chyba nigdy tego nie zapomnę - "Co? Jemu też chcesz pomóc?" i śmiech, tym razem połączony z parsknięciem mojej siostry. Trzęsę się cała na myśl o tym, co się stało. Wróciliśmy od babci po 2 godzinach, faceta nie było. Mój tata miał ze mnie ubaw cała drogę. Człowiek, który zakazał mi kłamać, nauczył mnie chodzić, zabierał mnie do kościoła, upadł tak nisko. Mój ojciec potępia wiele osób. Jest rasistą i homofobem. Potrafi obrazić każdego na drodze (robi to najczęściej epitetami typu "zejdź mi z drogi, głupia kobieto"). Jest gorliwym katolikiem, który uczy mnie nienawiści do ludzi. Dalej chodzę do kościoła, dalej chcę być lekarzem. Wierzę w Boga, nie wierzę w ludzi.
1,121
Od zawsze byłam pulpetem, na zdjęciach z dzieciństwa wyglądam jak pączuś z lukrem w dziecięcych ubrankach. Jednak nigdy nie miałam problemu ani z kondycją, ani z wynikami, ciśnieniem - no wyniki książkowe. Cały czas jednak spotykałam się z docinkami od osób przeróżnych, nawet od rodziny. Do tego gnębienie w szkole, delikatne sugestie znajomych, że wyglądałabym super jakbym schudła. Nigdy się jakoś specjalnie tym nie przejmowałam, raz na jakiś czas stosowałam jakieś ścisłe diety, treningi, ale nic to nie dawało, więc rzucałam to w cholerę i żyłam jak dalej. Ostatnio jednak schudłam. Każdy, kto mnie spotka, jest zachwycony tym, jak wyglądam, tak ładnie, pięknie, Misia, cud, tak ZDROWO w końcu. Ooops, schudło mi się, bo dorwał mnie rak.
1,121
O tym, jak bycie bucem nie popłaca. W liceum chodziłam do klasy z pewnym chłopakiem. Prostak i debil, tak najlepiej można było go opisać. Każdej dziewczynie jakoś dokuczał, rozpuszczał plotki lub po prostu był chamski. Szczególnie dla mnie (pewnie ze względu na moją inną orientację). Nadszedł wyczekiwany czas matur. Egzamin z matematyki. Miałam to szczęście, że z tym przedmiotem nigdy nie miałam problemu, a moja grupa, z którą pisałam egzamin miała szczęście, że jestem z nimi. Jedną z tych osób był właśnie szanowny buc. Jako dziewczę o dobrym serduszku starałam się dać ściągę osobom, które naprawdę z matematyki były słabe. Więc po sprawdzeniu odpowiedzi i pod nieuwagę komisji puściłam kilka karteczek po klasie. Nie spodziewałam się tylko tak wielkiej żeńskiej solidarności. Po egzaminie dowiedziałam się, że każda dziewczyna siedząca dookoła buca miała ściągę, ale ponieważ każdej z nich sprawił on przykrość, żadna z nich mu jej nie podała. Efekt? Cała grupa zdała. Z wyjątkiem buca. Zabrakło mu 1%.
1,120
Z moim mężem byłam 6 lat po ślubie Co ważne w tej historii, on lubił również facetów. Nie przeszkadzało mi to, bo wiedziałam, że nigdy z żadnym nie był, nic z tych rzeczy, ale mówił, że "przede mną" lubił sobie popatrzeć na fajne męskie ciało, doceniał to, że faceci o siebie dbają, ćwiczą itd, ale nie, żeby chciał coś więcej. Ale przechodząc do sprawy. Szykowałam się miesiącami do ważnego wydarzenia, jakim był ślub mojej siostry. Miałam być jej świadkową, wiadomo, ważna rzecz. Chciałam wyglądać dobrze itd. To była ważna uroczystość, ostatni ślub w tak bliskiej rodzinie. Byłam szczęśliwa, że siostra jest szczęśliwa, a jej faceta zaakceptowała cała rodzina, zaprzyjaźniliśmy się wszyscy, często wychodziliśmy razem (ja i mój mąż, plus moja siostra z narzeczonym) na imprezy czy do kina itd. Nadszedł dzień ślubu, rozdzieliliśmy się na dwa obozy, żeński i męski, z uwagi na to, że mieliśmy do odwiedzenia w tym dniu różne miejsca. Panowie po kwiaty i swoje sprawy. My zaś kosmetyczki, fryzjerzy, cały sztab charakteryzacji :) Ślub się odbył, było pięknie. Potem wesele, nie zauważyłam nawet, jak mój szwagier z moim mężem się trochę wstawili, no nie za mocno, ale jednak to wesele jednego z nich, zdjęcia itd., trzeba się trochę doprowadzić do porządku. Zaprowadziłam ich do jednego z pokoi, które mieliśmy wynajęte, kazałam się na chwilę położyć (to akurat nie był żaden ważny moment wesela, więc Pan Młody mógł zniknąć na pół godzinki, a stwierdziłam, że tyle potrzebuje, żeby wrócić do stanu prawie idealnego). Wróciłam (żeby ich obudzić) po tym czasie do pokoju ( miałam do niego kartę). Oni nie spali... uprawiali ostry seks... Moja mina musiała być bezcenna... Dobrze, że na weselu była kuzynka, która jest prawnikiem, przy okazji szybko po weselu nas rozwiodła... Wszystkich.
1,120
Historia sprzed roku - mój pierwszy samodzielny lot samolotem. 17-letnia ja miałam wracać z Londynu do domu, czyli Szkocji. Jestem z natury osobą dość roztargnioną i niepraktyczną, ale postanowiłam udowodnić sobie, że jak chcę, to mogę być niesamowicie pozbierana. Samolot miał odlecieć o godzinie 9 rano w niedzielę, więc wstałam o 4, walizka spakowana już dzień wcześniej, zrobiłam się na bóstwo i nawet zakręciłam włosy lokówką. Sprawdziłam 30 razy, czy wszystko mam - telefon, portfel, paszport, bilety - po czym wyruszyłam na lotnisko. Dotarłam na lotnisko trochę po 6 i dumna jak paw, z gracją toczę moja walizkę przez halę odlotów. Ach, jaka ja dorosła. Spojrzałam na tablicę odlotów i, dziwna sprawa, coś nie widzę mojego samolotu. Sprawdzam raz, drugi - czyżby odwołali? Postanowiłam, że zapytam się w informacji i wyciągam w tym celu mój bilet. Patrzę - a na nim data wczorajsza. Uczucie? Trochę jakbym była we śnie albo po długim maratonie filmowym. Pierwszy odruch - dzwonię do mamy. Po dłużej chwili odzywa się mocno zaspany głos (przez tę adrenalinę zapomniałam, że jest 6 rano w niedzielę) - opowiedziałam jej całą historię i zaczęłam w trakcie chichotać. Cała sytuacja wydała mi się wtedy tak komiczna i beznadziejna, że nie mogłam się powstrzymać. Miałam w portfelu £40 funtów i kilka drobnych (nie starczy na lot last-minute), nawet karty kredytowej wtedy nie posiadałam i nie miałam żadnych bliższych znajomych w Londynie. Na szczęście na lotnisku było WiFi, a moja mama jest pomysłowa nawet o 6 rano w niedzielę. Kupiła mi bilet na następny lot tego dnia i wysłała mi e-bilet. Kosztowało to oczywiście straszne pieniądze, ale mamę chyba zżerał wstyd, że zapomniała datę przylotu swojego własnego dziecka i jakoś to przełknęła. Kryzys zażegnany. Wtedy patrzę na bilet - mama zapomniała mi zarezerwować bagaż główny. Miałam ze sobą walizę jak słoń, no i co tu z nią zrobić? Trzeba jakoś ze sobą zabrać. Idę z sercem w gardle do obsługi lotniska zapytać, ile będzie mnie kosztować dodanie bagażu. Powiedziano mi, że kosztuje to £40 i wskazano gdzie mam iść nadać bagaż. No cóż - pomyślałam - przeżyję bez śniadania, najważniejsze, że walizka doleci. Nadeszła moja kolej i podałam moją walizkę. Pan był przemiły - zagadał do mnie czemu mówię ze szkockim akcentem, skoro mam polski paszport, okazało się przy okazji, że ma jakieś polskie korzenie i przepada za polskim jedzeniem. Miło nam się gawędziło i szykowałam się już żeby zapłacić te nieszczęsne £40 funtów, ale on wtedy mrugnął do mnie, powiedział "nikomu nie mów" i nadał moją walizkę za darmo. I tak skończyło się moje "bycie pozbieraną".
1,120
Dzisiaj zaprosiłem dziewczynę do siebie. Zaczęliśmy rozmawiać, jak każdego dnia, ale moja dziewczyna (na potrzeby tej historii niech nazywa się Asia) nagle zaczęła mnie namiętnie całować. Byłem tym tak zaskoczony, że zacząłem ją rozbierać zapominając o obecności ojca w domu. Przyhamowałem, poprosiłem ją byśmy poczekali jakieś 10 min na wyjście taty, który miał w mieście do załatwienia swoje sprawy i nie byłoby go przez jakieś 3 godziny. W tym momencie Asia wypaliła do mnie: - To przynieś mi łyżeczkę. - Co? - Wiesz jak wygląda łyżka? Mała łyżka to łyżeczka, przynieś ją. - Po co ci teraz łyżeczka? - Zjem owoce, muszę zaspokoić którąś żądzę. Albo jedzenie, albo seks. Chyba właśnie przegrałem z lodówką.
1,119
Mam 18 lat i nienawidzę mojej rodziny. Na początku wakacji znalazłam malutkie kociaki, jeszcze z zamkniętymi oczami. Było ich pięć. Postanowiłam, że będę dokarmiać kotkę. Zostawiałam obok legowiska kawałek szynki, kiełbaski czy pasztetu i trochę mleka. Zawsze wszystko znikało. Tak przez około tydzień, aż trzy kociaki zniknęły. Pewnie je przenosi do innego gniazda. Dwa pozostałe strasznie piszczały. Postanowiłam, że jeśli będą tak gdy wrócę od ciotki, to zaopiekuje się nimi. I były tam. No i co robić? Poszłam szybko do domu po pudełko po butach i jakiś ręcznik. Położyłam kociaki do tymczasowego legowiska i sru do lecznicy pytać jak się takimi szkrabami opiekować. To pani lekarz weterynarii mówi: "Co 2-3 godziny po 6 ml mleka krowiego, lub dla kociaków jak przeżyją tydzień, to przyjść znowu". Mleko dała pani za darmo, pokazała mi jak je karmić i życzyła powodzenia. Podziękowałam i poszłam do domu. Kociaki piszczały całą drogę. Jadły całkiem dobrze. Karmiłam je strzykawką 3ml. Potem ściereczką po genitaliach (to samiczki), by zrobiły siusiu i po brzuszku pogłaskać, by lepiej trawiły i tak co 3 godziny, a jedno kamienie z 20-30 min. Przeżyły. 2 tydzień to kaszką manną dla niemowląt, jeden jadł dobrze, drugi nie chciał. Trzeba na musa. Nocki odpuszczałam. Miałam je w suterynie (takie piętro pod domem, zazwyczaj z kotłownią) w pudełku. Ciągle piszczały. Karmienie o 22 godzinie ostatnie, a o 5 rano pierwsze. Chodziłam niewyspana. Nie chciało mi się już nimi opiekować, ale dałam radę. Najgorsze było rodzeństwo, zaczęli mi dokuczać z tego powodu, tak samo rodzice. Bo po co mi to? Tylko piszczy i śmierdzi! Wyglądają jak szczury! Było trzeba ci tej biedy? W czwartym tygodniu kupowałam karmy dla kociąt z kawałkami mięsa lub paszteciku. Powoli dawałam im to w pokrywki aby same jadły. I jadły. Pierwszy raz gdy to zobaczyłam, to się popłakałam. Tydzień temu kociaki skończyły 2 miesiące i są prześliczne. Są łaciate jak krówki (biało-czarne). Jedna to Kropka, a druga Kropelka. A rodzina: Co za głupie imiona? Gorszych nie było? Wczoraj przyjechała ciotka z dziećmi 7 i 8 lat. Poszłam do łazienki i słyszę mamę: - Chodźcie zobaczyć jakie mamy kociaki. Są przecudowne! Poszli wszyscy pochwalić się. Już im nie przeszkadzał zapach i piski. Ja szybko kończę i na dół. Dali je dzieciom. Mama wychwala mnie ciotce. Mówi jak wszyscy pomagali. Kropelka jednego z dzieciaków udrapnęła, ten rzuca ją o ziemię. Rozbija jej głowę o betonową podłogę, on w ryk, ja w ryk. Kropelka nie żyje. Ciotka szybko opatrzyć kuzyna "bo się czymś zarazi". Nikogo nie obchodzi zamordowanie Kropelki. Drugi kuzyn przestraszył się i upuścił kociaka. Ten wpadł do pudełka. Rodzina olała sprawę i poszła balować, a ja na pogrzeb :|
1,119
Pracowałem przez 3 lata jako kelner. Swoją pracę traktowałem bardzo poważnie i zawsze profesjonalnie ją wykonywałem. Myłem ręce za każdym razem, gdy miałem mieć kontakt z daniami klientów (nie wszyscy to robią). Sztućce, które podawałem były umyte i wypolerowane. Nigdy nie naplułem do jedzenia. Co w tym anonimowego? Otóż w pracy była dziewczyna, którą bardzo lubiłem, a która podczas obsługi obcokrajowców (Arabowie - muzułmanie) została potraktowana jak zwykłe zwierzę. Zastąpiłem ją. Zamówili kurczaka grillowanego.... Osobiście zadbałem o to, aby został przygotowany prawidłowo, to znaczy - grill wysmarowałem boczkiem. Do oleju od frytek dodałem smalec, a do buraczków na ciepło krew, którą wycisnąłem z mięsa (czerwony płyn). Mimo iż o tym im nie powiedziałem, to satysfakcji miałem co niemiara. Taka anonimowa zemsta za złe traktowanie kobiet.
1,118
Jedna z pierwszych wizyt u moich przyszłych teściów, muszę przebrać się z piżamy, robię więc przy tym krótki pokaz wdzięku dla swego wybranka. Kiedy zakładałam stanik, nagle drzwi otworzyły się. Stanęła w nich teściowa. Ogarnęła wzrokiem sytuację i, jak gdyby nigdy nic, zaczęła ze mną gadać o kroju stanika. Chłopak zdziwiony patrzy na nią, a ta podnosi koszulkę, żeby pokazać, jaki ona ma. Mina biedaka - bezcenna.
1,117
Historia, którą z przyjemnością wspominam :) Mam 18 lat i pojechałam z mamą nad morze, tata miał do nas dołączyć za dwa dni (targi w Gdańsku wypadły wcześniej, a musiał być na nich obecny). Wszystko pięknie ładnie, tata przyjechał, oczywiście jak morze, to i plaża. Ja zmęczona po zabawie w słonej wodzie usiadłam przy linii wody i zbieram bursztyny. Jedno z moich ulubionych zajęć od wczesnego dzieciństwa. Nagle podchodzi do mnie chłopak, może maksymalnie 20-letni i wsypuje mi do ręki sporo bursztynów i mówi, że od jakiegoś czasu przyglądał mi się i patrzył jaka zafascynowana swoim zajęciem jestem, to postanowił mi pomoc. Nie powiem, miło mi się zrobiło, podziękowałam, uśmiechnęłam się, on się dosiada. Ładnie pięknie, aż tu nagle słyszę: "Kochanie, no co ty tak długo tam robisz?" i podbiega do nas chłopak mniej więcej w moim wieku i wiesza się na moim nowo poznanym koledze. Uśmiecha się do mnie i jak gdyby nigdy nic zaczyna się chwalić, że to pierwsze ich wspólne wakacje i jak fajnie i jaki podekscytowany. Na początku nie wiedziałam co powiedzieć, a jak wyszło, że jesteśmy z tego samego miasta... to dorobiłam się dwóch kolegów. W tym jeden z nich co i rusz podsyła mi swoje koleżanki lesbijki: "No bo spodobałaś im się, jak zdjęcia oglądaliśmy". Nie powiem, to miłe, szkoda tylko, że wolałabym jego chłopaka ;)
1,117
W gimnazjum uchodziłem za osobę bardzo grzeczną i spokojną (co w tej historii jest ważne). Po części był to celowy zabieg, łatwiej było się dogadać z nauczycielami, wynegocjować lepszą ocenę itp. Przejdźmy jednak do sedna sprawy... Kiedyś na polskim omawialiśmy postać Vincenta van Gogha. Oprócz dyskusji o jego obrazach, zadań pisemnych polegających na ich opisie lub interpretacji, nauczycielka podawała nam też szczegóły z jego życiorysu (nie cenzurując żadnych "nieodpowiednich" informacji). Było więc o tym, że żył na cudzy rachunek, że mieszkał jakiś czas u zakonnic, że często korzystał z usług prostytutek... Ktoś spytał, skąd w takim razie miał pieniądze na ich usługi, skoro był taki biedny. Wówczas mój kolega, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie jak najbardziej dwuznacznie, powiedział: - Pewnie siostry mu DAWAŁY. Polonistka spojrzała na niego krytycznie i powiedziała: - Jasiu, jeśli coś mu dawały, to tylko DATKI. Wówczas ja powiedziałem sam do siebie pod nosem: - Tak, datki na dziwki! Jak się okazało, powiedziałem to odrobinę za głośno (albo akurat trafiłem w moment ciszy, i przez to usłyszano moje wtrącenie), bo następnym, co zobaczyłem, były utkwione we mnie oczy wszystkich kolegów i koleżanek w klasie (nauczycielki również). Raczej się nie spodziewali po mnie takiej wypowiedzi, bo na ich twarzach odmalował się autentyczny szok. Patrzę z niepokojem na wpatrującą się we mnie nauczycielkę i zastanawiam się, jaką dostanę karę, a ona mówi: - No, wreszcie zacząłeś się ucywilizowywać. Jeszcze będą z Ciebie ludzie.
1,117
Właśnie wróciłem z urlopu. Po dosyć długim okresie, kiedy byłem tutaj tylko czytelnikiem, postanowiłem założyć konto i podzielić się moim wyznaniem. Urlop spędzałem ze swoją dziewczyną oraz niestety jej ciotką i kuzynką. Wybierały się w miejsce niedaleko nas w tym samym czasie i jakoś tak ktoś niefortunnie zaproponował im podróż razem z nami, przez całą Polskę. Wiadome - w samochodzie wygodniej. Kobiety tej szczerze nie znoszę, jest strasznie natrętna i uważa się za centrum wszechświata. Kiedy wyruszaliśmy w drogę powrotną, zauważyłem po jakimś czasie, że nie ma zapiętego pasa. Grzecznie ją o to poprosiłem, powiedziałem, że jest to nawet przy stłuczce niebezpieczne dla reszty pasażerów. Ciotunia jednak zaczęła swoje: "że z tyłu nie trzeba". Przypomniał mi się wtedy sposób na przekonanie takich osób do swojej racji: Jadąc z prędkością 5-10 km/h wciskacie pedał hamulca do podłogi i obserwujecie co się z ludźmi dzieje, a na koniec mówicie, żeby sobie wyobrazili co będzie przy 90 km/h. Zawsze działa. Poczekałem niedługo, aż wszyscy usnęli i jak napisałem, tak zrobiłem. Tylko że przy prędkości około 60 km/h... Cioteczka złamała na zagłówku przedniego fotela nos i straciła dwie jedynki. Jest on wystarczająco twardy, bo w środku jest monitor DVD. Nigdy się nie przyznam, że to hamowanie to jednak nie była próba uratowania życia kota, który wybiegł na drogę. Chyba trochę przesadziłem, ale jak zawsze poskutkowało. Pamiętajcie, że zapięte pasy to podstawa bezpiecznej podróży. Często jeśli nie macie zapiętych pasów poduszki powietrzne wyrządzą wam więcej krzywdy niż pożytku, a nieprzypięci pasażerowie zwykle zabijają swoim ciałem resztę osób w samochodzie. I proszę: nie wierzcie w historie typu "znajomy szwagra mojego wujka to przeżył, bo nie zapiął pasów". Nawet jeśli są prawdą, to jest to znikomy procent w stosunku do ilości ludzi, którzy zginęli przez brak pasów.
1,116
Może zaznaczę na początku wyznania, że mój staruszek znany jest z, powiedzmy, niekonwencjonalnego poczucia humoru, dosłownie. Z grupką przyjaciół wracaliśmy ostatnio z obiadu na mieście i postanowiliśmy, że zawitamy do mnie, zrobimy grilla i wypijemy kilka piwek. Aby dostać się do ogrodu, w którym miał odbyć się planowany grill, trzeba niestety przejść przez cały dom. Będąc już w środku, zdziwiłam się, że jest tam nadzwyczaj cicho, choć drzwi wejściowe były otwarte. Mijając salon, mój niepokój wzbudziły meble poprzysuwane do ścian, tak że w pomieszczeniu było dużo wolnej przestrzeni, oraz ogromna czerwona mata leżąca na środku. Nim zdążyłam połączyć ze sobą faktów, gdy z kuchni, która jest połączona z salonem, wybiegł mój ojczulek w prowizorycznym stroju zapaśnika i z dzikim wrzaskiem, krzycząc: "Zapaaaaaaasyyy!" rzucił się na mnie. Możecie sobie tylko wyobrażać zdziwienie, które malowało się na twarzach znajomych, kiedy leżałam na macie, mając zakładaną dźwignię przez własnego ojca. Po tej dawce adrenaliny na szczęście nic mi nie jest, ale znajomi do tej pory są lekko spłoszeni na widok mojego ojca. PS Dzięki, tato, za te niezapomniane emocje :)
1,116
Opowieści miłosne robią tutaj furorę dodam i swoją :) Po zdaniu matury postanowiłam studiować zaocznie. Przeniosłam się do stolicy jednego z województw i zaczęłam szukać pracy. Wreszcie udało się, zostałam sekretarką dyrektora w dużym banku. Mój szef, na oko starszy ode mnie o 7-9 lat, bardzo przystojny (wszystkie koleżanki z biura za nim szalały) do tego czarujący i świetnie ubrany. Tak, czarujący, dla wszystkich dam, poza mną. O ile wszystkie się nim zachwycały i wysławiały pod niebiosa jaki to on miły, jaki dżentelmen zawsze w drzwiach przepuszcza, pamięta wszystkie imiona, zawsze porozmawia. Pech chciał, że mnie nie trawił, jak i ja jego. Na początku się w nim zabujałam, w końcu młoda 20-latka, co się dziwić. Szybko mi przeszło, był w stosunku do mnie strasznie niemiły, gburowaty, kazał zostawać po godzinach, dawał dodatkową pracę. O ile dla innych był dżentelmenem, tak mnie nigdy w drzwiach nie przepuścił, nigdy za nic nie podziękował, nigdy się do mnie nie uśmiechnął. Ba, nawet po roku pracy przekręcał moje imię, chociaż byłam osobą, z którą spędzał w biurze najwięcej czasu. Jednym słowem dupek, którego nie znosiłam. Na szczęście w pracy znalazłam kilka przyjaciółek, podczas przerw rozmawiałyśmy, dzieliliśmy się problemami. Wreszcie obroniłam licencjat i pierwsze co zrobiłam, to rzuciłam szefowi na biurko wymówienie, zwyzywałam go od najgorszych przy otwartych drzwiach do jego biura i ruszyłam w kierunku windy. Musiałam przejść obok biurek wszystkich pracowników piętra. W połowie drogi szef złapał mnie i pocałował na środku biura. Tak, pocałował. Okazało się, że zakochał się we mnie od pierwszej chwili. Ale byłam młodziutką sekretarką, a nawiązanie relacji z szefem mogłoby mnie zniszczyć. On by sobie poradził, ale gorzej ze mną. Dlatego był tak niemiły, chciał jakoś pozbyć się tego uczucia. Teraz jesteśmy razem. W lany poniedziałek mój były już szef dupek, teraz zwany przeze mnie najbardziej romantycznym, czułym i opiekuńczym facetem na świecie, poprosił mnie o rękę. Powiedziałam TAK.
1,114
Przystępowałem do trzeciego egzaminu naprawo jazdy. Jechałem ze znanym mi egzaminatorem z poprzedniego egzaminu. Trasa znana i niezbyt trudna, był to mój trzeci raz także uliczki egzaminacyjne znałem niemal na pamięć, jednak mimo to baczną uwagę zwracałem na znaki. Zbliżaliśmy się do starego przejazdu kolejowego, z którego już dawno żadne pociągi nie korzystały, tory w częściach były porozbierane. Jadę i przejeżdżam przez tory bez używania hamulca, w tej chwili egzaminator użył swój hamulec i auto stanęło. - Przejechał pan znak 'stop", egzamin przerywamy - ocena negatywna! - Ale proszę pana tego znaku już od wczoraj nie ma, zlikwidowano go ponieważ rozbierają te tory. Egzaminator jeździł na pamięć nie zdążył zauważyć, że znak zlikwidowali. - Przepraszam bardzo pana, człowiek uczy się całe życie. Zdałem. Egzaminator przyznał się do błędu i podziękował za 'DOUCZENIE'.
1,114
Wczoraj znalazłam telefon. Zadzwoniłam pod nr "mamuś". - Dzień dobry, tu XYZ, znalazłam ten telefon, z kim mam przyjemność? - Witam, aaa to syna telefon. - Rozumiem, ale z kim mam przyjemność? - Z jego mamą. (...) - Przepraszam, ale nie mam transportu, czy mogłaby pani podać mi ten telefon? - Ok, to gdzie go dostarczyć? - A mogłaby pani do mnie do domu? - Eh, w porządku, to gdzie pani mieszka? - No, przecież, że w mieście ABC (w którym się znajdujemy). - Eh, ale gdzie? - No mówię, że w ABC. - Tak zdaję sobie sprawę, ale mi chodzi o adres pani domu... - Pani jest bezczelna! Ręce i cycki opadają..... Powiedziałam, że chyba się nie dogadamy i telefon jest do odebrania na komendzie.... O masakra.
1,113
Jestem lekarzem. Jestem też w ciąży. O wrogości wobec tych drugich będzie... Moim głównym miejscem pracy jest pewien POZ. Niedawno zatrudniłam się też w NZOZ-ie na umowę zlecenie, gdzie udzielam konsultacji 2 razy w tygodniu (tak, zatrudnili mnie w ciąży, bo pilnie potrzebowali specjalisty w mojej dziedzinie, a tych jest mało w naszym mieście). Środa. Od godziny 7:00 jestem na wizycie domowej u pewnej babuszki, pacjentki POZ, która nie jest w stanie sama przyjść do przychodni. O godzinie 9:00 miałam rozpocząć konsultacje w NZOZ-ie. Wizyta u babuszki trochę się przeciągnęła, na mieście był wypadek i do przybytku pracy wbiegłam dopiero o 9:30. Pacjenci na korytarzu jeszcze mi obcy, ale już słyszę komentarze, "że tej nowej siksie w dupie się powywracało od pieniędzy". Spoko, jestem przyzwyczajona. Byłam ubrana w sukienkę ładnie opinającą mój już zaokrąglony brzuszek. Podchodzę do drzwi gabinetu, szukając w torebce kluczy. - Co to, to nie! - słyszę babciny krzyk za moimi plecami. Baba złapała mnie za ramię, posadziła na krześle i dodała: "My tu wszyscy od godziny czekamy, nie wpier***i się jakaś ciężarówka przed nas!". I kazała mi siedzieć na dupie. Wszyscy pacjenci jej wtórowali. Wiecie, co zrobiłam? Usiadłam na dupie. Siedziałam tak do 10:00. Zaczęły się komentarze, że doktórka niepoważna, tak ludzkiego czasu nie szanować, że ostatni raz tu są itp. itd. I dopiero wtedy wstałam i powiedziałam: - Szanowni państwo, o godzinie 11:30 kończę przyjmowanie na dziś. Mamy 1,5 godziny. Państwa jest 15 osób. Czy do jasnej cholery pozwolą mi państwo wejść do mojego własnego gabinetu?! Kobieta, która mnie usadowiła, pobladła. Wszyscy ucichli. - Dziękuję! - dodałam, wchodząc do gabinetu. Może i pójdzie na mnie jakaś skarga. Mam to gdzieś. Prawda jest taka, że pacjenci są sobie sami winni. PS. Przyjęłam wszystkich. Posiedziałam trochę dłużej, ale było warto.
1,112
Uważajcie, właśnie opowiem wam najbardziej wstydliwą sytuacje w moim całym życiu. Trochę o powiązanych szczegółach. Poznałam na jednym z koncertów chłopaka. Uderzył mnie drzwiami od toi toi'a. Wtedy postanowiliśmy się lepiej zapoznać. Na pierwszym spotkaniu opowiadaliśmy trochę o sobie i o swoim życiu. Po jakimś czasie związaliśmy się ze sobą i to on zrobił ten pierwszy krok. Mieliśmy także obfite życie seksualne, jednak ja nie byłam tak bardzo doświadczona w robieniu przyjemności mojemu chłopkowi. Postanowiłam się nauczyć. Włączyłam internet i wpisałam "Jak się robi loda". Wyskoczyło mi kilka filmików, więc otworzyłam pierwsze lepsze. W kilku z nich powtarzał się ten sam aktor. Niecały dzień później moja druga połowa zaproponowała mi wyjazd z jego przyjaciółmi nad morze. Po dojechaniu na docelowe miejsce miałam zapoznać jego kumpli. Wtedy jeden z nich wydał mi się dziwnie znajomy. Po przywitaniu się powiedziałam mu dokładnie to: - Jestem w stu procentach pewna, że gdzieś cię już widziałam. Jeszcze gdybym wiedziała gdzie. Wtedy wszyscy zebrani w salonie spojrzeli się na mnie jak na idiotkę. Usłyszałam donośny rechot mojego chłopaka z kuchni. Kiedy wszyscy przestali się śmiać, wytłumaczyli mi powód ich reakcji. Ten "znajomy" mi chłopak jest gwiazdą porno.
1,111
Mój facet zasnął obok mnie w ubraniu. Mam 5-letnią córeczkę Julkę. Jej ojciec zostawił nas, gdy tylko dowiedział się, że jestem w ciąży. Byłam młoda, było bardzo ciężko, ale ostatnio zaczęło się układać. Rok temu poznałam Artura. Bardzo męski, wysportowany, wyglądem podpada pod stereotypowego Sebę, z tym że jest inteligentny, z pasjami, wrażliwy. Jak bardzo wrażliwy, dowiedziałam się chwilę temu. Artur od razu zaakceptował to, że mam córkę. Ona go bardzo polubiła, często spędzamy razem czas. Dziś wieczorem, po tym, jak ogarnęłam młodą, przebrała się w piżamkę, poszła dać mojemu lubemu buziaka na dobranoc. Zanim to zrobiła, spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała: - Kocham cię, Altul, mogę do ciebie mówić "tato"? Artur rozszerzył usta, oczy zrobiły mu się dziwnie szkliste, przez chwilę konsternacja. Sama przestraszyłam się, że go to przerośnie. A on spojrzał na mnie i bezgłośnie spytał nad główką Julki: "Może?". Kiwnęłam głową, a on przytulił ją i powiedział: - Oczywiście, że tak, ja też cię bardzo kocham, córeczko. Po czym mój niesamowicie męski facet przytulił moją Julkę i przez dobre 5 minut wstrząsały nim dziwne dreszcze. Płakał jak bóbr. Potem zaniósł ją do łóżka, przeczytał bajkę, przyszedł do mnie na kanapę, z niesamowicie szklistymi oczyma wtulił się we mnie i powiedział, że nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy. Ja chyba też :)
1,110
Spokojnie sobie leżąc w moje urodziny, niechcący usłyszałam rozmowę moich rodziców, z pokoju obok: - Kurczę, wiesz, że ona ma dziś urodziny? - Tak? Skąd wiesz? - Na Facebooku jest napisane.
1,110
Kilka lat temu pracowałam w banku. Pewnego dnia do oddziału przyszła pani o nazwisku Cipska, lekki uśmiech ale staram się zachować powagę, w końcu poważny bank - poważna posada. Niestety, tego dnia miałam jeszcze dwie klientki o waginalnych nazwiskach: Cipora i Ciporowska. Przy ostatniej pani już nie wytrzymałam. Rechot na całą salę, wstyd ogromny za nic nie mogę się uspokoić, więc uciekłam na zaplecze. Koleżanka dokończyła za mnie sprawę, a pani omijała moje stanowisko szerokim łukiem. Naprawdę bardzo panią przepraszam...
1,110
- Anka, czemu nie palisz? - Bo nie chcę, dla mnie w wieku 14 lat to głupie. Pamiętam ten dialog do dziś. Nie zapaliłam, nie próbowałam. Dzisiaj wracam z pogrzebu kolegi, który mnie do tego namawiał. Zmarł na raka płuc w wieku 22 lat.
1,109
Kim trzeba być, żeby okradać dzieci z domu dziecka? Wychowawcą w takowej placówce. Sobotnie przedpołudnie, podjeżdża ciężarówka z darami. Była tego masa. Wszystkiego. Fotele obrotowe, hulajnoga, deskorolki, prostownice i maszynki do włosów. Buty jeszcze w pudełkach, słuchawki, bluzy, spodnie, kurtki. Wszystko nowe, jeszcze w foliach. Wychowawcy zamknęli nas nas na stołówce i gdy wrócili, większości rzeczy już po prostu nie było. Wszystko przejrzane, przegrzebane. Hulajnoga i deskorolka zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach, chociaż widzieliśmy jak wcześniej były wnoszone. Prostownica nie uchowała się żadna. Dla uzupełnienia obrazka zostawiam Was Anonimowi z fragmentem podsłuchanej rozmowy: Schodzi jedna z wychowawczyń obładowana rzeczami. - Były te takie fajne pidżamki? - No niby były, ale nie w naszym rozmiarze. - To nic, bierz. Wszystkie pudełka czarodziejsko zniknęły, ale... udało nam się wyciągnąć ze śmietnika trzy. Dwa od prostownic, jedno od maszynki do strzyżenia. Trzymajcie za nas kciuki, bo w poniedziałek idziemy zanieść je do dyrektorki!
1,108
Mój tato nigdy zbytnio nie angażował się w sprawy, które mnie dotyczyły. O tym, że chodzę do psychologa i psychiatry dowiedział się po roku odkąd zaczęłam terapię. Diagnoza? Pogłębioną depresja, nerwica, ataki paniki, stany lękowe itp., do tej pory tata nie wie jakie tabletki łykam. Jestem po trzech próbach samobójczych. Ale nie o tym przyszłam tu napisać. Nie mogłam spać w nocy, więc przeglądałam jakieś bezsensowne rzeczy w internecie, aż w końcu przychodzi godzina wyjścia ojca do pracy. Ja szybko odkładam telefon na półkę, udaję, że śpię. Nagle tata otwiera drzwi do mojego pokoju i już sobie pomyślałam, że pewnie się domyślił, że nie śpię. To co zrobił po wejściu do pokoju sprawiło, że gdy tylko wyszedł, popłakałam się. Tato pogłaskał mnie po głowie, ucałował w czoło, po czym nachylił się, by sprawdzić, czy oddycham. Nie miałam pojęcia, że tak się mną przejmuje i specjalnie przyszedł by upewnić się, czy żyję. Dziękuję, Tato.
1,108
Mieszkam w średniej wielkości mieście powiatowym, dlatego nie ciężko dowiedzieć się kto jest kim. Do prawie każdego można dotrzeć przez kilku znajomych, a wiadomości i plotki rozsiewane są z prędkością światła. Kilka lat temu na moim osiedlu (typowe blokowisko, z tym że bardzo blisko galerii handlowej i wylotówki na stolicę), względnie bezpiecznym z racji porozsiewanych na każdym rogu kamer, doszło do dość dramatycznego zdarzenia. Otóż chłopak wtedy kilkunastoletni (12-13 lat) wsadził pijanemu mężczyźnie butelkę po piwie w odbyt. Potłuczoną. Facet dopiero po kilku godzinach został znaleziony w kałuży krwi, płaczący z bólu, a następnie odwieziony na SOR. Pomijając stan mężczyzny, samo zdarzenie było obrzydliwe i szokujące, ale chłopak, który to zrobił zeznał, że ten się na niego rzucił, próbował rozebrać i zgwałcić, więc tak się bronił. Każdy pomyślał, że dobrze tak pedofilowi, chociaż ten w sądzie zarzekał się, że to nieprawda, płakał i bronił się wszystkimi argumentami. Został skazany. A nikogo nie zdziwiło, że chłopaczek suchy jak młoda brzoza po suszy przytrzymał i wepchnął facetowi ze 3 razy większemu butelkę w tyłek. Raptem tydzień po ogłoszeniu wyroku całe miasto szeptało, że podobno ten chłopaczek kłamał jak najęty. Podobno upił się z kolegami w podobnym wieku i gdy zobaczył faceta w stanie bardzo wskazującym, postanowił się zabawić. Trzymali go w sześciu, a prowodyr dokonywał gwałtu butelką. Mówiono, że podobno podobało im się jak wierzgał i krzyczał, jak wymiotował pod siebie i błagał o litość. Podobno wszystko sfilmowali. To były tylko plotki, więc wszyscy przyjmowali to z przymrużeniem oka. Ja również, do momentu, gdy nie poznałam tego chłopaka. Zadufany w sobie smarkacz, taki co myśli, że nikt mu nic nie zrobi. Syn pani prokurator i wysoko postawionego przedsiębiorcy. Idiota, cham, prostak, debil i pajac. Tylko że każdy mu współczuł. Każdy, kto nie zobaczył jak ten bydlak na swoim własnym telefonie pokazuje filmiki z całego zajścia, umieszczone na YouTube. To co wtedy poczułam jest nie do opisania. Byłam wściekła i obrzydzona. Chciałam mu zrobić to samo, ale szybka kalkulacja w głowie doprowadziła mnie do czego innego. Zabrałam mu telefon, "bo chcę zobaczyć jeszcze raz" i gdy na chwilę się zajął rozmową z kimś innym, zaczęłam uciekać do domu. Biegłam ile sił w nogach, aż dopadłam do klatki, akurat wychodził sąsiad. Krzyknęłam tylko o pomoc i pobiegłam do domu. Sąsiad ich zatrzymał zamykając drzwi i poleciał za mną, a gdy dobiegł do mojego mieszkania, zastał rodziców oglądających to nagranie i moje tłumaczenia. Potem wszystko potoczyło się momentalnie. Policja, przesłuchania, rozprawy i facet wyszedł na wolność. Dziękował nam długo za uratowanie życia. A ja jestem ciągle w szoku, bo filmik widziało przynajmniej 50 osób, a nie zadziałał nikt.
1,108
Nowy pracownik dostał niezmiernie trudne zadanie wysłania listu poleconego. Pomylił adresata z nadawcą i za dwa dni odebrał list od samego siebie. Nie wiem czy zrobi u nas karierę.
1,107
Moja siostra dziś wyjechała z mężem na wakacje. A ja wracając z pracy znalazłam pod drzwiami swoje siostrzenice z walizkami. Pomimo że od początku roku byłam dwukrotnie pytana przez siostrę, czy zajmę się ich dziećmi w trakcie wyjazdu i za każdym razem odpowiadałam, że nie - mam nieregularne godziny pracy, a dzieci w wieku 5 i 7 lat moim zdaniem nie powinny siedzieć same przez 10 godzin. Zresztą po pracy chciałabym odpocząć, a nie dodatkowo niańczyć nie swoje dzieci przez dwa tygodnie. Siostra i jej mąż telefony wyłączyli. Nasz ojciec jest w sanatorium (zresztą poważne problemy z kręgosłupem i tak by uniemożliwiły opiekę nad dziećmi), matka nie żyje. Z rodzicami szwagra ani jego rodzeństwem kontaktu nie mam. I teraz pewnie zbiorę mnóstwo hejtów, ale zadzwoniłam na policję, że jest dwójka dzieci bez opieki. Przyjechali, pogadaliśmy, opisałam sytuację, zabrali dziewczynki do pogotowia opiekuńczego. Podałam numery telefonu do siostry i szwagra, może jak dotrą na miejsce, to je włączą, jeśli nie, to po powrocie czeka ich niespodzianka. I zanim ktoś napisze, że jestem wyrodną siostrą. Ja na pomoc mojej siostry nie mogę liczyć nigdy. Przeprowadzka - nie miałam wtedy samochodu, szwagier ma firmę transportową, trzy kolejne weekendy nie miał czasu (w weekendy nie pracuje), ostatecznie rzeczy pomógł mi przewieźć kolega z pracy. Kiedyś leżałam z ostrą grypą (ponad 40 stopni gorączki przez kilka dni) - pokończyły mi się zapasy jedzeniowe, zadzwoniłam z prośbą o podrzucenie bochenka chleba, bo i tak chora nie miałam ochoty na nic poza chlebem z masłem - dzień później poratowała mnie sąsiadka, bo pewnie bym z głodu umarła. Miałam kota i trzydniowy wyjazd na szkolenie z pracy - poprosiłam, żeby wpadła raz dziennie dać mu jeść - kot spędził trzy dni w hotelu dla zwierzaków. To takie trzy najbardziej obrazowe sytuacje, bo opisując te bardziej drobiazgowe pewnie zabrakłoby mi znaków. Ogólnie widujemy się tylko u ojca przy okazji imienin/świąt/spotkań rodzinnych albo kiedy ona czegoś ode mnie chce. Dzieci zdarzyło się jej już wcześniej kilka razy bez zapowiedzi podrzucić na noc, mimo że zwracałam uwagę, iż wypadałoby chociaż kilka dni wcześniej zapytać. Szwagier ma trójkę rodzeństwa oraz dwójkę rodziców cieszących się dobrym zdrowiem, wszyscy mieszkają w tym samym mieście, ale to ja jestem darmową opiekunką. Cóż, pewnie do dzisiaj, ale po prostu miarka się przebrała. Mam nadzieję, że wakacje bez dzieci będą wybitnie udane, oboje się wyciszą i zrelaksują, bo po powrocie czeka ich dawka stresu i nerwów. Ja mam luz i nie żałuję. No może tego, że tak późno się postawiłam.
1,107
Dzisiaj rozmawiałem sobie z dziadkiem o moich studiach. - A są tam jakieś dziewczyny na twoim kierunku? - Są. - Dobrze ciągną? W tym momencie nie wiedziałem co odpowiedzieć więc powiedziałem: - Nie rozumiem pytania. Na co dziadek dodał: - Jak ich nie wywalili to dobrze ciągną. Chodziło mu o to, jak im idzie.
1,107
Mówię sama do siebie. Nie przeszkadza mi to w żaden sposób, a wręcz przeciwnie - z sobą dogaduję się lepiej niż z najlepszą przyjaciółką. Jednak uznałam, że lepiej aby świat nie dowiedział się o moim dziwactwie, dlatego wpadłam na świetny pomysł. Zawsze gdy nachodzi mnie ochota na pogadanie do samej siebie wyciągam telefon i udaję, że z kimś rozmawiam. Proste, a jakie pomocne. Dziś wracając ze sklepu byłam lekko mówiąc zła, bo jak to kobieta - wyszłam po jajka, a wróciłam bez jajek, ale za tą z całą siatą zakupów. Czekając na czerwone światełko, które zatrzyma rozpędzone samochody, wyciągnęłam telefon i zaczęłam jak gdyby nigdy nic narzekać, że przecież mogłam kupić te jajka, nie potrzebuję kolejnego opakowania lodów... Gadałam do siebie dobrą minutę, aż historia obrała obroty jak w dobrej amerykańskiej komedii, ponieważ nagle ktoś naprawdę do mnie zadzwonił. W pierwszej chwili szok, szybkie spojrzenie na cicho chichrających ludzi, a w drugiej... nie, nie zapadłam się pod ziemię, wręcz przeciwnie! Dostałam takiej głupawki, że prawie płacząc ze śmiechu zaczęłam krzyczeć na zdezorientowaną mamę, że przecież tyle z nią gadałam, a ta niespodziewanie się rozłączyła. Dopiero później uspokoiłam moją mamusię tłumacząc, że była przekonana, że to moja koleżanka do mnie zadzwoniła. Przecież nikt nie musi wiedzieć, że tą koleżanką jestem ja sama :)
1,104
Podczas dzisiejszych ćwiczeń w parku, dane mi było usłyszeć, że mam fajny tyłek i muszę częściej chodzić w legginsach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt iż jestem ponad 50-letnim mężczyzną.
1,104
Kilka lat temu do moich dziadków regularnie przyjeżdżali znajomi z dwoma kilkuletnimi wówczas synami. Któregoś razu kazano mi na chwilę rzucić na nich okiem. Próbowałam zachęcić ich jakoś do zabawy, czymś zainteresować, chociaż dzieci szczerze nie lubię. Byłam naprawdę miła i cierpliwa, ale... Jeden z malców zaczął szarpać za gałąź czereśni, która wisiała bardzo nisko nad ziemią. Oto scena właściwa: - Chłopczyku (imienia nie pamiętam), przestań szarpać drzewo, bo złamiesz gałązkę i nie będzie na niej owoców. (Zero reakcji, szarpie jeszcze mocniej, zwłaszcza moje nerwy) - Chłopczyku, to boli drzewo, czemu tak robisz? - A, tak żeby cię wkur*ić. Kurtyna.
1,104
Jestem i zawsze byłam szczupłą osobą. Przy wzroście 170 cm ważę 45 kg, ale nigdy się nie odchudzałam, jem wszystko co popadnie, a waga ani drgnie. Mam trochę chude nogi i ręce, ale bez przesady, nie wyglądam jak śmierć na urlopie. Wyniki badań też mam dobre więc jakoś nie zwracałam na to uwagi. Jestem biedną studentką, ale na jedzenie mi wystarcza. Pewnego dnia wracam autobusem z uczelni. Jestem ubrana w sukienkę, która odsłania moje chude łydki. Stoję sobie spokojnie, gdy nagle słyszę dialog dwóch moherków, siedzących niedaleko: - Widzi pani jaka to tera ta moda. Chude toto, nogi jak patyki, blade jak ściana, musi studentka to pewnie piniędzy nie ma. Mama przestała obiadki gotować to pewnie nic nie je. - Eee, wie pani, tera to te studenty jakieś kebaby jedzo od tych chińczyków. Może by jej tak dać na tego kebaba, niech sobie zje? Słucham, słucham i uszom nie wierzę, myślę sobie: 'To na pewno nie o mnie, niemożliwe', kiedy nagle jedna z babć wyciąga do mnie rękę pieniędzmi i mówi: - Masz dziewczynko (mam 23 lata) kup sobie tego kebaba, bo wyglądasz jakbyś zaraz miała tu umrzeć. Z uśmiechem mówię paniom, że dziękuję, mam co jeść, tylko mam taką przemianę materii, że chuda jestem. Panie zawiedzione chowają pieniążki, a ja zbieram się do wyjścia, bo to już mój przystanek. Wysiadając, zdążyłam jeszcze usłyszeć: - Widzi pani, jaka ta młodzież teraz, nawet się wstydzi piniążki wziąć... Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać więc popłakałam się ze śmiechu. I poszłam kupić kebaba :)
1,104
Kilka miesięcy temu, na imprezie integracyjnej dwóch kolesi postanowiło dla zabawy przewrócić toi-toi. Byłam w środku.
1,103
Czasem mi się wydaje że jestem zbyt wrażliwa... Byłam kiedyś na rynku. Sprzedawali tam jakieś warzywa. Jeden pan, taki staruszek, zawsze coś tam opuści i zapłaci się taniej... Zawsze uśmiechnięty, po prostu bardzo miły człowiek. Zauważyłam, że taka jedna pani pyta się tego pana o kalafiory. Staruszek opowiada, że to świeżutkie kalafiorki, jeszcze coś tam potem mówił - cały czas z uśmiechem. A ta babka do niego: Wie pan co? Jak można? Pan ma brudne te kalafiory! I babeczka podeszła do stoiska obok i mówi: No i to są piękne kalafiory. Staruszek smutny z rozłożonymi rękami patrzy jak ta pani kupuje na stoisku obok. Więc zmiana planów, zamiast pomidorowej na obiad kalafiorowa... Kupiłam tego kalafiora i wcale nie był brudny.. Wróciłam do domu i się rozpłakałam, bo tamta pani nie kupiła kalafiora u staruszka XD Za chwilę zaczęłam się śmiać sama z siebie XD
1,103
Przed wyjściem z domu na deszcz umyłam parasol, bo był zakurzony. Dopiero po wyjściu zorientowałam się, co zrobiłam. Brawo ja.
1,102
Właśnie skończyłam oglądać dość straszny horror, który podesłała mi znajoma, gdy bardzo zachciało mi się pić. Jednak, jako że mieszkam na 1 piętrze, musiałabym w tym celu zejść po schodach, na parter do kuchni. A ponieważ jestem leniwą istotą przez kilka minut musiałam zastanawiać się czy opłaca mi się schodzić. W końcu jednak pragnienie wzięło górę. Jako, że było już dość późno, a ja nie chciałam budzić pozostałych domowników, zeszłam po cichu na dół, nie zapalając nawet światła (moja mama jest na to bardzo wyczulona i od razu zerwałaby się z łóżka) z telefonem jako latarką. Człapię się więc do kuchni z umęczeniem na twarzy. Na miejscu zauważam jednak, że nie ma żadnej otwartej butelki z napojem i trzeba zejść, aż do piwnicy. Znowu rozważam wszystkie za i przeciw, ale w końcu schodzę po tych cholernie stromych schodach, aż do piwnicy. Wszędzie ciemność. Żadnej żywej duszy. Serce bije jak oszalałe. Podchodzę. Jest. Biorę pierwszą z brzegu butelkę z Tymbarkiem. Odkręcam nakrętkę. Z przyzwyczajenia zerknęłam na napis na zakrętce i omal nie zadławiłam się napojem. Co było na nakrętce? "Czekałem tu na Ciebie". W życiu tak szybko nie pokonałam drogi do mojego pokoju.
1,102
Cześć! Historia chłopca z irysami zainspirowała mnie do podzielenia się swoją historią. Tak więc chciałam Wam przedstawić kolejne, ale krótkie opowiadanie z serii: "Jak to nieśmiałe dzieci nie mają zbyt fajnie w życiu". Było to w czasach tuż przed podstawówką. Mam starszą siostrę, która wracając ze szkoły, kupiła sobie loda - a dokładnie świderka. Trochu jej pozazdrościłam, więc stwierdziłam, że ja też chcę! Jako że mam sklep niedaleko domu, dostałam od mamy fortunę (5 zł bodajże) w celu kupienia sobie i rodzicom tego przysmaku i udałam się po zakupy. Wchodzę do sklepu i nieśmiało mówię do pani sprzedawczyni: "Poproszę 3 świderki". Zgadnijcie, co dostałam... Makaron Lubella świderki. Co ja z tym zrobiłam? Wzięłam diabelski makaron, grzecznie podziękowałam i wróciłam do domu. Wyobraźcie sobie minę mojej rodzinki na widok zapłakanej mnie z makaronem w reklamówce. Po prostu mieli i mają nadal ze mnie niezłą bekę. Na szczęście mój tata jest moim bohaterem i poszedł chwilę po tym po lody. W sumie mama ucieszyła się z całej sytuacji, bo miała zapas makaronu...
1,102
Słowem wstępu, w moim telefonie ekran na którym, odbiera się połączenie i ten który służy do wyłączania budzika są łudząco podobne (różnią się tak naprawdę tylko tym, że zamiast zielonej i czerwonej słuchawki jest "wyłącz" i "drzemka", no i nie ma ikony ludzika). Wziąłem dziś wolne w pracy z zamiarem porządnego wyspania się. Nagle budzi mnie telefon o 5. Patrzę - jakiś Adam do mnie dzwoni (szczegółem jest to, że nie mam w kontaktach żadnego Adama, bez dopisanego nazwiska). I tak o to włączając drzemkę, przez ok. 15 sekund darłem się do telefonu "Adam, haaaaalo, Adaaam!!!". Słowo "Adam" i "Alarm" są do siebie zbyt podobne. Zwłaszcza o 5 rano.
1,101
Nie lubię kłamać. Nienawidzę wręcz. Nie umiem tego robić, zawsze po mnie widać każde kłamstwo, zaczynam się stresować, czerwienić i mam ogromne wyrzuty sumienia. Dlatego jestem prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która do 18. roku życia klikała "nie" przy komunikacie "Czy masz ukończone 18 lat?"...
1,101
Jestem śpiewaczką operową. To mój zawód, więc ćwiczyć muszę. Zawsze wydawało mi się, że skoro mieszkałam w domu na przedmieściach, to nikt z sąsiadów nie słyszał jak trenuję. Trzy lata po powrocie z tygodniowych wakacji także zabrałam się za ćwiczenia. Standardowo zaczęłam od rozśpiewania się, po czym płynnie przechodziłam od mniej skomplikowanych utworów do tych trudniejszych. Trwało to około dwóch godzin. Godzinę po tym, jak skończyłam, usłyszałam dzwonek do drzwi. Jak się okazało był to mój nowy sąsiad - Filip, który wprowadził się do domu obok dwa dni wcześniej, więc nie miałam jeszcze okazji go poznać. Wręczył mi wielki bukiet czerwonych róż i powiedział, że nigdy wcześniej nie słyszał tak pięknego głosu i zaprosił mnie na kawę. Odkąd jesteśmy razem śpiewam mu codziennie. W tamtym roku, w rocznicę naszego pierwszego spotkania, wzięliśmy ślub, a niedługo urodzi nam się córeczka. Pozdrawiamy bardzo gorąco anonimowe - Hania, Filip i ja. ;)
1,100
Wspomnienie o nauczycielu, który nie był tak do końca bystry i rozgarnięty. Akcja działa się z 10 lat temu w liceum. Mieliśmy lekcję języka obcego, gdzie pod koniec nauczyciel nas poinformował, że w następnym tygodniu piszemy sprawdzian. My, wiedząc, że wtedy będziemy mieli jeszcze z 2 czy 3 inne klasówki tamtego dnia, poprosiliśmy pana o przełożenie sprawdzianu na za dwa tygodnie. Początkowo się ociągał, ale w końcu przystał na naszą prośbę. Tydzień później sytuacja się powtórzyła, co spowodowało, że termin sprawdzianu ponownie został odroczony. W końcu nadszedł ten dzień. Pan triumfalnie staje w drzwiach sali i mówi: „No, to dzisiaj w końcu piszemy ten sprawdzian!”, na co jeden z uczniów (klasowy łobuz, ale wtedy się przydał) stwierdził: „Ale przecież pisaliśmy sprawdzian tydzień temu!”. Na twarzy nauczyciela pojawiła się konsternacja, a inni zaczęli popierać ucznia: „tak, tak, to prawda”. Pan spojrzał się na mnie i spytał, czy to prawda. Można tak powiedzieć, że za czasów liceum byłam taką „kujonką” ze wzorowym zachowaniem i brzydzącą się kłamstwem, więc według nauczyciela powinnam wsypać kolegów, gdyby ci mówili nieprawdę. Ja jednak dołączyłam się do „gry” i potwierdziłam słowa kolegi, jednocześnie wymieniając co „było” na tym sprawdzianie (z góry określony i znany wcześniej materiał z książki). Pan, słysząc moje słowa, uwierzył mi i z wrażenia aż usiadł, bo kompletnie nie przypominał sobie faktu jakoby robił nam ten sprawdzian. Na domiar złego uczeń, który to wszystko zapoczątkował, stwierdził: „No, my myśleliśmy, że dzisiaj nam pan poda nasze wyniki”. Nauczyciel obiecał nam, że sprawdzi w domu i z pewnością za tydzień przyniesie nasze prace. Minęło 7 dni. Pan, który jeszcze tydzień temu miał triumf w głosie, tym razem stanął na progu z nietęgą miną i trochę jakby spocony. Na nasze pytające spojrzenia odpowiedział, że próbował szukać wszędzie naszych sprawdzianów, ale nigdzie ich nie mógł znaleźć. Przyniósł więc ze sobą całą teczkę ze wszystkimi pracami, postawił ją na stole przede mną i przed koleżanką z poleceniem, abyśmy my je znalazły. Usiłując nie patrzeć się na siebie wzajemnie, dusiłyśmy w sobie wybuch śmiechu (fałszywy krok mógłby zdradzić nasze kłamstwo :) Spędziłyśmy przy tym całe zajęcia, jak się domyślacie – nie znajdując naszych sprawdzianów-widmo. Nauczyciel za każdym razem mocno się denerwował, gdy musiał prowadzić nasze zajęcia, ponieważ przez kolejne 2-3 tygodnie ciągle dopytywaliśmy się o nasze oceny. Ostatecznie wpisał każdemu z nas maksymalną liczbę punktów (w szkole była zasada, że jeśli nauczyciel zgubi prace uczniów, to daje im najwyższą ocenę), w ten sposób kończąc swoją małą gehennę. On do dzisiaj nie wie, jaki numer mu wtedy wykręciliśmy. A wśród uczniów śmiechom nie było końca :)
1,100
Pewnego słonecznego dnia postanowiłam wybrać się ze znajomymi nad wodę. Zbiornik wody pitnej. Teoretycznie był i nadal jest zakaz kąpieli. Wiadomo, alkohol, papierosy, inne używki... Postanowiliśmy popływać, zaczęło się robić ciemno, wystarczyło przepłynąć kawałek, a o nogi ocierały się różne roślinki. Najgorsze co może być. Ja uciekająca przed kolegą, śmiejemy się, nie wiadomo co jeszcze, aż tu w pewnym momencie czuję te wstrętne glony! Otarło się coś o moją nogę, tak jakbym na czymś stanęła. Z wody wynurzył się siny człowiek. Od tego wydarzenia minęły 4 lata. Do dnia dzisiejszego nie jestem wstanie wejść do żadnego basenu, kąpieliska tudzież jeziora. To przykre doświadczenie zostawiło duży ślad. Spędziliśmy pół nocy na komendzie. Jak się później okazało, dziewczyna, młoda, z sąsiedniej wioski, zgwałcona... Nikomu z was tego nie życzę.
1,099
Mam 18 lat, bogatych rodziców, stertę niepotrzebnych, drogich ubrań, piękny dom, jestem jedynaczką i podróżuję 3 razy do roku ze znajomymi lub ciocią. Każdy myśli, że takie życie jest idealne. Nie, nie jest. Pod przykrywką pięknego domu kryli się ludzie, którzy tak naprawdę siebie nie znali. Ja i moi rodzice, którzy w domu są między jednym wyjazdem służbowym a drugim, aby przepakować walizki. Bardziej niż własnego tatę znam naszego ogrodnika, który nie wiem po co nam jest potrzebny, skoro czasu w ogrodzie rodzinnie nie spędzamy. Częstą formą kontaktu jaką miałam z rodzicami był Skype,10-minutowe rozmowy dla zasady. Pozostawały jeszcze SMS-y, które jako jedyne ratowały ich przed opinią "niepamiętających o córce rodziców'' w moich oczach. Przed każdym ważnym wydarzeniem dostawałam spersonalizowane wiadomości od nich. Po przeczytaniu ich czułam zdziwienie, że moi rodzice mimo tak rzadkich rozmów znają mnie tak dobrze i pamiętają o wszystkim. Mimo tego całkowitego braku czasu dla mnie, kochałam ich bardzo. Wiedziałam, nie mogę zabronić im rozwijania się zawodowo, skoro to ich czyniło szczęśliwymi (pozornie). Wśród wielu znajomych jakich miałam, Kasia była najlepsza. Jej mówiłam wszystko. A wiecie, jak ktoś nie ma "miłości'' w rodzinie, to szuka jej u przyjaciół. Przejdźmy do rzeczy... 3 miesiące temu miałam ważny konkurs taneczny w mieście obok. Trenuję taniec od 7 lat. Oczywiście przed samym wyjściem na scenę dostałam dopingującego mnie SMS-a od rodziców. "Kochanie, jesteśmy z Ciebie tacy dumni. Wiemy, że zatańczysz najlepiej jak umiesz, czyli jak profesjonalista. Stać Cię na to. Przepraszamy, że nas tam teraz nie ma. Kochamy Cię. Mama i Tata''. Po przeczytaniu dostałam wiatr w żagle. Zdobyłam pierwsze miejsce i awans do następnego etapu. Wszystko było cudnie, do czasu gdy... Miesiąc po konkursie wrócili rodzice do domu. Zero, żadnych gratulacji na żywo, niczego. Trochę mnie to zdziwiło, no bo w końcu jest co "opijać''. Podczas kolacji zaczęliśmy rozmawiać. - Mamo, nie pogratulujesz mi? - Ale czego? - No ej! Tato, ty też już zapomniałeś? - Ewelina, powiedz o co chodzi, a nie bawisz się z nami w zgadywanki. Zamilkłam. Zobaczyłam jak zmieszana mama idzie do sąsiedniego pokoju zadzwonić. Po powrocie odrzekła. - Skarbie, przepraszam, że zapomnieliśmy. Występ taneczny. Wiesz, tyle się dzieje i o SMS-ie pamiętaliśmy, a teraz nam umknęło. Przepraszamy. Coś mi nie pasowało. Sprawdziłam z kim rozmawiała mama. Był to numer Kasi. Rodzice kupili jej telefon i kartę, aby mogła wysyłać mi SMS-y w ich imieniu, bo oni są zapracowani. Dodatkowo jej za to płacili. Do dziś jestem w szoku. Wyprowadziłam się. Rodziców nie chcę znać. Kaśki też nie. Człowieka nie da się kupić prezentami. Rodzic to obecność. Niektórzy powinni zająć się tylko robieniem kariery. Pieniądz niszczy rodzinę i miłość.
1,098
Dzisiaj siedząc na kanapie puściłam tak głośnego bąka, że mój kot pomyślał, że na niego warczę i ugryzł mnie w udo w obronie własnej.
1,098
Mam siedemnaście lat. Jestem normalną nastolatką, no prawie... nie mam prawej ręki. Straciłam ją w wypadku kiedy miałam siedem lat, obecnie noszę protezę mechaniczną, ale oczywiste jest to, że nie mam takiej władzy w ręce, jakby miała zdrowa ręką i dość szybko się męczę. No ale do sedna, zimą jechałam autobusem do szkoły, co ważne stałam trzymając się słupka zdrowa ręką odziana w rękawiczkę. Długi rękaw kurtki zakrywał protezę. Nagle podchodzi do mnie chłopak, piękny jak marzenie podaje mi rękawiczkę mówiąc: „Takiej ślicznotce nie może zmarznąć rączka” (no nie dokładnie, ale w tym stylu). Ja uszczęśliwiona już mu tłumaczę, że nie musi z wiadomych przyczyn, i pytam jak ma na imię, bo ja Kiiro. Na co on „sorry chciałem się z tobą umówić, ale nie ma sensu z kaleką, takie jak ty do niczego się nie nadają". I tak wszystkie lata uświadamiania sobie, że jestem normalną, że moje kalectwo, to nic takiego - poszły w las.
1,097
Na sezon pracuję w kawiarence w jednej z większych nadmorskich miejscowości. Pewnego spokojnego dnia nasz punkt odwiedza swoista familia. Rodzinka, sztuk 6, rodzice i dzieci w wieku przedszkolnym, jedno niemowlę. Dzieci jak to dzieci, bawią się, piszczą, generalnie w sezonie norma. Jednakże... Podaję mamie kawę, jedno z dzieci trzymało niemowlę, które raczkami chwytało słomkę. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować dziecko włożyło słomkę do swojej słodkiej paszczy. Maluszek wbił sobie tę nieszczęsna rurkę w gardło (słomka zakończona była taką "łyżkę"). Krew z gardła poleciała, dziecko się dusi, nie może złapać oddechu. Matka krzyczy, płacze, lamentuje, ja wykręcam 112, a ludzie? "Przepraszam, można loda?" "Ile jeszcze mam czekać na tego gofra?" "Pani jest w pracy? Proszę odłożyć telefon!" Ludzie, serio? Czy ta głupia gałka czy gofr jest tyle warta?
1,097
Lato. Temperatura powyżej 30 stopni. Ja w ciemnych ciuchach, co sprzyja szydzącemu ze mnie słońcu. Stoję na przystanku, do autobusu jeszcze 15 minut. Oblewa mnie pot, kręci się w głowie, a przed oczyma robi ciemno. Myślę sobie - muszę wytrzymać. Dam radę. Na przystanku zaczyna robić się tłoczno, przed co jest jeszcze gorzej. Mam wrażenie, że te miliony ludzi odbierają mi każdą odrobinę tlenu. Czuję, że zaraz padnę na ziemię. Kątem oka dostrzegam biegnącego w moją stronę chłopaka, na pierwszy rzut oka metalowca. Nawet nie wiem kiedy tracę przytomność. Po ocuceniu rozglądam się. W ramionach trzyma mnie wyżej wymieniony długowłosy. Tracę resztki rozumu i zamiast wyrwać się, posyłam mu ciepły uśmiech. Ten odpowiada tym samym i delikatnie stawia mnie na ziemi, podając butelkę wody. Gdyby nie on, pewnie upadłabym na ziemię i nadal tam leżała - znieczulica panująca wśród ludzi jest nie do opisania, zazwyczaj mają gdzieś los innych. Większość społeczeństwa źle postrzega osoby słuchające ciężkiej muzyki, inaczej się ubierające. Nie patrzcie na stereotypy, bo jak się okazuje nie taki metal zły, jak go malują. Dla ciekawskich - nadal nosi mnie na rękach ;)
1,097
Miałam wtedy 5 lat. Nowe mieszkanie. Przeprowadzka. Wszyscy szczęśliwi poza tatą, który oczywiście wszystko sam remontował. Pewnego dnia nad czymś się strasznie męczył, widać, że był już zdenerwowany. Tak więc ja, jego najmłodsza córeczka podchodzę, klepię go w ramię i mówię: - No powiedz sobie tatuś 'ku*wa mać', będzie Ci łatwiej.
1,096
Moi rodzice są miłośnikami muzyki klasycznej. Szczególnie upodobali sobie operę jako ten najukochańszy rodzaj muzyki. Gdy byłam mała lubiłam, ba, wręcz uwielbiałam chodzić z nimi do filharmonii czy opery i podziwiać muzyków, instrumenty i oczywiście artystów. Kiedy miałam około 4 - 5 lat rodzice zabrali mnie na operę, ale nie na jakaś normalną pogodną, tylko na słynną "Carmen" Bizeta. To co się tam zdarzyło pamiętam świetnie do dziś, choć byłam wtedy mała, a czasu upłynęło wiele. Dla niewtajemniczonych: jest to historia miłości żołnierza do Cyganki, która tak naprawdę go nie kocha, a jedynie wykorzystuje. Opera kończy się sceną śmierci tytułowej bohaterki właśnie z rąk owego żołnierza (przebija ją sztyletem) i w tym momencie zaczyna się historia właściwa. Jako uczuciowe dziecko przez 3 pierwsze akty żałowałam Dona Jose (żołnierza), ale na koniec 4 aktu popadłam w histerię. Nie dało się mnie uspokoić. Strasznie żałowałam biednej Carmen (dla dociekliwych: oczywiście, że nic nie rozumiałam z tego co śpiewali. Nie znałam francuskiego, ale dzieci czują kto jest pokrzywdzony, o ile śpiewak potrafi operować emocjami. Ta dwójka najwyraźniej potrafiła świetnie) i nawet kiedy stanęła żywa na curtain callu, rodzice nie mogli mnie opanować. Taką zaryczą sprowadzili mnie na dół do szatni i próbowali ubrać, jednak ich wysiłki były daremne. Leciałam z rąk i zanosiłam się od płaczu. Zaalarmowany tym nieziemskim jazgotem jeden z pracowników spytał co się dzieje. Moja rodzicielka wytłumaczyła chłopakowi czemu drę się jak nieboskie stworzenie, a on zniknął na chwilę. Kiedy wrócił, powiedział rodzicom, że jeżeli tylko chcą, to mogą zabrać mnie za kulisy, ponieważ mezzosopranistka zgodziła się spotkać ze mną i pokazać, że jest żywa i ma się dobrze. Tym oto sposobem trafiłam za kulisy i artystce prawie udało się mnie uspokoić tłumacząc, że wszystko z nią dobrze i nie wyrządzono jej wielkiej krzywdy. Jednak na horyzoncie pojawił się nieszczęsny tenor i znów uderzyłam w płacz. Tym razem było trudniej, ponieważ tenor postanowił pomóc i przekonać mnie, że wcale nie jest mordercą. Koniec końców udało im się, a z tenorem pod koniec uspokajania zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że dałam wziąć mu się na ręce. Oczywiście rodzice dbają o to bym nigdy nie zapomniała tej historii. Nawet ostatnio, kiedy przyprowadziłam swojego chłopaka do domu (uczeń akademii muzycznej, tenor), rodzice poradzili mu, aby nigdy przenigdy nie zabierał mnie na swój występ w roli Don Jose, bo zacznę się go bać, a gdy luby z wielką ciekawością zapytał ich czemu, skwapliwie opowiedzieli mu tę historię. PS Jeżeli jesteście ciekawi to oglądałam już mojego ukochanego w tej roli i nie, nie boję się go, nawet śpię z nim w jednym łóżku ;)
1,096
Mój syn gdy był mały, przekręcał różne wyrazy, jak to dziecko. Wracamy ze spaceru, kupiłem po drodze jakieś chipsy i zajadamy z małym, on w spacerówce ja pcham wózek. W pewnym momencie mały odwraca głowę i woła: - Tata cipka...! Przed nami szła dość atrakcyjna dziewczyna, obróciła się, zmierzyła mnie wzrokiem i z dezaprobatą pokręciła głową. A synek tylko domagał się po prostu kolejnego chipsa...
1,096
Centrum Tomaszowa Mazowieckiego, godz. 14, pełen upał. Siedzę w aucie i z otwartym autem czekam na mamę, bo miała coś do zrobienia. Podchodzi do mnie facet. Prosi o 2 zł na bułkę. Jak zawsze odpowiadam "pieniędzy panu nie dam, ale mogę kupić bułkę". Zatkało mnie, kiedy powiedział, że nie ma problemu i rozumie moje obawy. Chwilę siedziałam bez ruchu - serio się zdziwiłam, bo zazwyczaj słyszę "a to dziękuję". Poszliśmy do sklepu, kupiłam mu mały chleb, dużą wodę, jakąś konserwę i jakieś serki do chleba. Wydałam w sumie 10 zł, ale on cieszył się jakbym dała mu 100 zł. Nie chodzi o chwalenie się dobrym uczynkiem. Są ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Dziś to był ten człowiek, kto wie - może ja kiedyś będę potrzebowała, a los ześle mi taką dobrą osobę, jaką ja dziś się okazałam. Podczas rozmowy podeszła do nas pani ze straży miejskiej, mówiąc, że na "piątego" ma się szykować. Później mi wytłumaczył, że od piątego lipca dostaje mieszkanie socjalne i zatrudnienie. Życzę temu panu jak najlepiej.
1,096
Matura 2014r. Potop. Potop łez maturzystów. Mój kolega napisał, że Andrzej i Kmicic to dwie różne osoby. Jeden jest dobry, a drugi zły. Zdał.
1,095
Kiedyś, jak byłem mały, no, nie wiem, około pięciu lat, gdy do mojej siostry przychodziła koleżanka, strasznie się popisywałem. Niedawno dowiedziałem się, że latanie po pokoju i bekanie to był pikuś, bo mianowicie... Wkładałem swoje stopy do buzi i je lizałem... Pamiętam, jak dziewczyny mnie straszyły, że jak tak dalej będę robił, to zostanę gejem. NIE MYLIŁY SIĘ.
1,094
Kierowcy komunikacji miejskiej kojarzą nam się z typowymi chamami, którzy robią łaskę nawet sprzedając bilet czy otwierając drugi raz te same drzwi. Też spotkałem wielu takich, tym bardziej zdziwiło mnie, kiedy jadąc autobusem nagle z głośników usłyszałem pytanie od kierowcy, czy aby jest ciepło w autobusie, bo można jeszcze podkręcić ogrzewanie. Wszystkich pasażerów najwyraźniej zamurowało, bo popatrzyłem się po ludziach i nie widząc żadnej reakcji stwierdziłem, że sam odpowiem. Po mojej opinii, że temperatura jest "idealna", kierowca mi podziękował, co już nawet mnie zdziwiło. Następnie wytłumaczył dlaczego się spóźnił o 7 minut (bo tyle wskazywał mu komputer) i przeprosił za korek na trasie, który oczywiście jest zawsze i nie jest za niego odpowiedzialny, ale i tak godne podziwu jak ten pan martwił się o pasażerów. A na dokładkę jeszcze powiedział, że o bilety czasowe nie trzeba się martwić, bo są liczone według rozkładu i możemy stać w tym korku nawet 2 godziny, a i tak bilet będzie ważny. Bardzo dziękuję, że przywrócił mi Pan wiarę w ludzkość. Oby było coraz więcej takich pozytywnych osób. Aż z wrażenia musiałem założyć konto na anonimowych :)
1,094
Zacznę od tego, że jak byłam mała bardzo lubiłam oglądać polityków - zwłaszcza jednego. Zawsze oglądałam wiadomości tylko dla niego. Całowałam telewizor, krzyczałam jego imię i nazwisko, mówiłam, że to mój chłopak. Obiektem moich westchnień w wieku ok. 4-5 lat był... UWAGA, UWAGA, Donald Tusk! Do dzisiaj nie wiem co w nim widziałam. Zastanawia mnie to czemu rodzice mi na to pozwalali, no bo w końcu lizałam telewizor.
1,094
Zacznę od początku, żeby jasne było, że nie jestem leniwa... Robimy generalny remont mieszkania, a ponieważ jestem alergikiem, z chłopakiem przeprowadziliśmy się na ten czas do siostry. Spakowaliśmy tylko po kilka par bielizny i innych ubrań, bo nie ma potrzeby więcej. Jestem w ciąży i moje libido podskoczyło na najwyższy z możliwych poziomów. Mój ukochany pracuje dużo, więc z jego potrzebami jest wręcz przeciwnie, więc ja tylko czekam, aż nadarzy się okazja. Dziś byliśmy sami w domu, a on poszedł pod prysznic, nagle krzyczy z łazienki: - Kochanie, a wiesz, że ja już nie mam majtek... Ja ucieszona, zrzuciłam z siebie ubrania, zostawiłam tylko bieliznę i biegnę czym prędzej. Otwieram drzwi... I w tym momencie on dokańcza swoje zdanie: - ...więc mogłabyś zrobić jutro jakieś pranie... Moje libido spadło już chyba do zera :/
1,093
Jestem niewysoką dziewczyną, nie za grubą, nie za chudą. Jako że z facetami mi nie wychodzi, to stworzyłam udany związek z pracą, w której przesiaduję ciągle (tak, wiem, to pracoholizm). Któregoś dnia skończyłam pracę o 22.00. Wsiadłam w auto i pojechałam do domu. Pod domem jak zwykle poszukiwania wolnego miejsca, żeby w miarę blisko zaparkować auto. Miejsca nie znalazłam, wiec auto stanęło 5 bloków dalej. Wygramoliłam się z auta, wyciągnęłam klucze od mieszkania z torby. Klucze noszę na dość długim łańcuchu, zakończonym karabińczykiem, który zazwyczaj przypinam do paska. Tym razem nie zrobiłam tego, tylko łańcuch schowałam w ręce. Lekko padało, a ja miałam bluzę z kapturem, więc naciągnęłam kaptur na głowę, zarzuciłam torbę na ramię i idę do domu. Na dworze ciemno, światła lamp nie działały, bo jakaś awaria była. Nagle na mojej drodze staje podpity, zmenelony dres i zaczyna gadkę: "Dawaj hajs i komórę, albo sam ci to wyciągnę z torby!". Jako że do strachliwych nie należę, to wypaliłam "Chyba śnisz, frajerze!". Gościu zrobił szybki ruch w moim kierunku, a ja rozwinęłam łańcuch od kluczy, który był schowany w mojej dłoni. Wzięłam zamach i trafiłam dresa prosto w pysk. Łańcuch tak mu się jakoś dziwnie zawinął, że metalowy karabińczyk trafił go prosto w oko, co spowodowało chwilowe ogłuszenie napastnika i jego upadek. Do domu miałam już naprawdę blisko, więc zaczęłam biec ile sił w nogach. O dziwo mój napastnik jakimś cudem się ocknął i złapał mnie za kostkę, próbując uniemożliwić mi ucieczkę. W odruchu koleś dostał buta w zęby, a ja zaczęłam uciekać, byle szybciej dostać się do domu, w bezpieczne miejsce. Zamknęłam drzwi na zamek, pozamykałam okna i na wszelki wypadek nie zapalałam światła w kuchni, która znajduje się od strony klatki schodowej. Na drugi dzień rano, idąc do sklepu po chleb, spotkałam znowu tego samego dresa. Stał oparty o ścianę sklepu i sączył piwko. Dres ten sam co wczoraj, za to miał pięknie spuchnięte oko w kolorze czerni, granatu i purpury oraz spuchniętą wargę po moim bucie. Kto powiedział, że dziewczyny są słabe? ;)
1,091
Dość często można przeczytać tu o genialnych pomysłach rodzeństwa/rodziców/dziadków/partnera. Myślę jednak, że mój brat byłby brany pod uwagę w klasyfikacji "WTF". Oto jego pomysły. Talerze i szklanki braciszka zawsze lśnią, nie ma co nawet myśleć o smugach, jednak jedzenie ma dziwny posmak. Ostatnio dowiedziałam się, że tak naprawdę w butelce Fairy znajduje się odżywka do włosów. Kiedyś poprosił mnie, żebym przyniosła chleb z zamrażarki. No to poszłam do spiżarni, otwieram, a tam poduszki. Bo mu się niedobrze śpi na ciepłych. W dzieciństwie uwielbialiśmy oglądać "Przygody Pippi Langstrumpf", jednak widok jak pędzi po kuchni z przyczepionymi mopami do nóg i tak mnie zaskoczył. Wszystkie ręczniki w praniu, a ty chcesz się wykąpać? Przecież po to stworzono poszewkę od kołdry. Ma basen wypełniony balonami z wodą. Przyczepiony do deskorolek. Wozi się nim po korytarzu i salonie. O kubku wypełnionym gąbkami i przyczepionej do niego szczoteczce elektrycznej wolałabym nie wspominać, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu poznał dziewczynę. Myślałam, że trochę go naprostuje, dopóki nie zobaczyłam, że wśród jej pięknie pomalowanych, długich paznokci, znajduje się jeden złamany z przyklejoną kartką mającą dawać złudzenie, że wszystko okay. Boję się, jakie dzieci wyjdą z tego związku.
1,091
Kiedy byłam mała, gryzłam rzeczy, na które się denerwowałam. Dajmy na to dreptałam sobie po pokoju, a zawadziwszy małym palcem o kant łóżka, po opanowaniu fali płaczu, leciałam na nie z zębami. Dzisiaj, jako dorosłe dziewczę, nadal tak robię.
1,091
Jakiś czas temu miałam nieciekawą sytuację finansową i przez kilka dni chodziłam głodna. Było mi wstyd przyznać się komukolwiek, że jest aż tak źle, dlatego odezwałam się do rodziców. Głodem nie przymierają, by nie powiedzieć, że są bogaci. Co dostałam w odpowiedzi? Zdjęcie ich zakupów. Nigdy nie zrozumiem jak można być tak podłym. Dopiero po tym przyznałam się chłopakowi, że nie mam za co nawet jeść i dopilnował bym więcej nie była zmuszona głodować.
1,091
Historia dosyć stara, bo sprzed prawie 30 lat. Moi rodzice właśnie skończyli I rok studiów i postanowili pojechać na kolonie jako opiekunowie. Z racji tego, że byli najmłodsi w kadrze, dostali pod swoją opiekę grupy najmłodszych dzieciaków - mama dziewczynki, a tata chłopców. Wydawać by się mogło, że takie 6-, 8-letnie człowieczki dosyć łatwo upilnować... Niestety, okazało się, że nie. Historii z tych pamiętnych kolonii znam mnóstwo, ale jedna podoba mi się najbardziej. Wszystkie dzieciaki mieszkały w 8-osobowych, drewnianych chatkach. Nie wiadomo dlaczego, ale w grupie taty było jakieś spięcie i chłopaki kłócili się ze sobą, a czasem dochodziło też do jakichś mini-bójek i płaczu. Nie inaczej było tym razem. Jeden z opiekunów przybiegł do taty i zaalarmował go, iż część jego grupy zabarykadowała się w domku, a kilku chłopców próbuje się do niego wedrzeć. Tata oczywiście w te pędy pobiegł na ratunek, bo znał już możliwości swoich podopiecznych i bał się, że coś może się stać. Przybiega na miejsce, patrzy i co widzi? Wielkie, ciężkie, dębowe drzwi wejściowe do domu kompletnie wyrwane z zawiasów, leżące na ziemi, a na nich maleńki, zapłakany 7-letni chłopczyk. Zdezorientowany tata pyta: "Jak ty wyrwałeś te drzwi?!", na co on cichuteńkim i pokornym głosikiem: - Pukałem.
1,090
Kiedy oglądałem "Kac Vegas" nie sądziłem, że sam przeżyję coś podobnego. Po jednej z grubszych imprez mojego życia ogarnąłem, że jestem na promie do Szwecji. I tak dobrze, bo moi kumple skończyli w: Czechach, w drodze do Holandii i zdecydowana większość w Wiedniu. Światowo :D
1,090
Miałem kiedyś dziewczynę... Wieczór, piątek. Postanowiłem wrócić wcześniej z pracy, ot tak, żeby zrobić niespodziankę mojej miłości. Delikatnie otworzyłem drzwi, a nawet zamknąłem, nie strzelając nimi, jakby były z PKS-u. Usłyszałem dość głośną muzykę, zobaczyłem uchylone wrota sypialni, ruszyłem tam, niczym na promocję w lidlu, zrywając z siebie niepotrzebne ubranie. Liczyłem na to, że moja już tam na mnie czeka. Wszedłem, prawie oślepłem. Czekała. Razem z moją mamą. Bawiły się ostro... Miałem kiedyś dziewczynę...
1,090
Pracuję za biurkiem. Biuro jest na małej górze. Ostatnio dzwoni dyrektor, że ma jakieś dokumenty nam podrzucić, ale nie ma czasu wjechać do góry. OK. Umówiliśmy się, że zjadę na dół i będę na niego czekać. Tak też zrobiłam. Zjechałam na dół i czekam na poboczu ulicy, która prowadzi tylko do góry, więc ruchu tam nie ma. Zaczęło padać. Siedzę w aucie, dyrektor się spóźnia. Z nudów zaczęłam obczajać wszystko - przyciski w aucie, telefon, siebie w lusterku... Leje już na maksa. Patrzę w to lusterko i widzę, zajechało auto, stanęło, VW - pasuje. Lecę w ciemno, chowając się przed deszczem, z rozmachem otwieram drzwi od strony pasażera, wbijam tyłkiem na fotel, siadam, odwracam się... a tu jakiś typ przez telefon rozmawia. Ja seta na ryju, od razu rakiem się wycofuję coś tłumacząc, że dokumenty, że czekam, że dyrektor... Faceta zatkało, nic nie mówi. Dopiero jak wyszłam i cisnęłam do swojego auta, wychylił głowę z auta i krzyczy: MOGĘ BYĆ DYREKTOREM!!! MOGĘ BYĆ!!!
1,090
Dlaczego nie jem mięsa? Bo babka z ciotką, którym moja matka Polka mnie oddała, uznały, że najlepiej mnie przywiązać do krzesła i na siłę wpychać smalec i salcesony. Dlaczego nie wchodzę do piwnic i strychu? Bo zamknięcie tam dziecka to "dobry" pomysł. Dlaczego miałam chorobę sierocą? Bo jeszcze zanim matka mnie oddała, jej metoda wychowawcza (z której jest dumna i rozprawia o niej komu może) polegała na zostawieniu dziecka na cały dzień w łóżeczku. Na wieczór nakarmić i przewinąć. Ojciec? Brak słów. Znęcanie się psychiczne i okradanie dzieci to norma. Nie mam z nimi kontaktu od lat. Uratował mnie mój mąż. Dzięki niemu czasem zjem nawet kawałek kurczaka. Serio są ludzie, którzy twierdzą, że jestem złym człowiekiem, bo jestem w ciąży i absolutnie nie zamierzam tych patologii dopuścić do dziecka. A fakt, że są chorzy i cierpiący tylko mnie cieszy. I serio: jak słyszę "nieważne jaka, ważne, że matka" i "rodziców trzeba szanować" to mam ochotę dać w pysk.
1,089
Moi rodzice pochodzą ze wsi, ojciec ma 5 rodzeństwa, wszyscy poza nim uciekli z domu i nie chcieli zostać na gospodarstwie, więc jemu dziadkowie zapisali dom i całą ziemię, nie było tego dużo, ok. 10 ha. Reszta rodzeństwa odchodząc z domu otrzymała od dziadków równowartość 1 ha w gotówce. Po 30 latach ciężkiej pracy tata kilkukrotnie pomnożył swój majątek (aktualnie ponad 100 ha własnej ziemi). Kilka lat temu dwóch z jego braci, widząc, jak mój tata się bogaci, napisało list do mojego ojca, że oczekują od niego "zadośćuczynienia" za to, że to on przejął wszystko po dziadkach, nawet nie wspominając o tych pieniądzach, które otrzymali "na start"... Pierwszy raz widziałem, jak tata się popłakał. Niektórzy ludzie naprawdę nie mają honoru.
1,089
Dzisiaj mój starszy brat wszedł do mojego pokoju, powiedział znaną wszystkim formułkę, mianowicie "po co trzymać bąka w dupie, niech se lata po chałupie" i puścił najgłośniejszego i najbardziej śmierdzącego bąka w swojej karierze. Nie wiem, kto był bardziej zniesmaczony: ja czy jego dziewczyna, która chciała mu zrobić niespodziankę i schowała się za moimi drzwiami xD
1,088
Dzisiaj byłam na zbieraniu malin. Dosyć wymagająca praca, szczególnie kiedy jest gorąco. Jednak dzisiaj pomimo wysokiej temperatury miałam naprawdę wyjątkowy i przyjemny dzień. Przy dzisiejszej pracy pomagał mi przesympatyczny chłopak. Pierwsze dni był nieśmiały, jednak dzisiaj odważył się i zagadał. Co chwilę podrzucał mi do koszyczka kilka malin, opowiadał o swoich zainteresowaniach i kilka razy zapewniał, że jestem naprawdę fajna i nigdy nie miał lepszej koleżanki. Po pracy pożegnał się i jeszcze raz powiedział, że jestem super. Nigdy nie dostałam więcej komplementów niż tego dnia - od syna mojej pracodawczyni, pięcioletniego chłopczyka :)
1,088
Jak o tym myślę, to otwiera mi się scyzoryk w kieszeni. Prowadzę z kumplem warsztat samochodowy. Mój brat jest strażakiem. Jakiś czas temu umówiliśmy się, że odbiorę go z pracy, bo oddał samochód do nas do naprawy. Żaden problem, tym bardziej że miałem zamiar przy okazji zabrać narzędzia z serwisu. Wracamy trasą szybkiego ruchu. Taką dwa pasy w jednym kierunku. Braciak zmęczony po 24-godzinnej zmianie, więc drzemie obok. Odcinek jakieś 5-6 km prostej, lekko z górki, więc widoczność zajebista. W pewnym momencie, w oddali na trasie, widzę, jak jeden samochód wyprzedza, kierowca drugiego go nie zauważył i przyhaczył, w skutek czego ten pierwszy momentalnie stracił przyczepność i przekoziołkował z 50 metrów po pasie. Wypadek jak wypadek, pomyślicie? Tak, tylko że kolejne nadjeżdżające samochody nie raczyły się nawet zatrzymać, by zobaczyć co się stało. Zwalniały, ale reakcji kierowców żadnej. Totalna znieczulica. Tak z 20 samochodów. Gdy dojechaliśmy na miejsce, momentalnie stanąłem moim Masterem w poprzek jezdni, blokując oba pasy. Brat się obudził, włączył mu się bojowy syndrom strażaka, jak zwykł to nazywać i w moment ruszył do rozbitego samochodu. Ja ustawiłem trójkąt tak ze 100 metrów od mojego auta, apteczka w ruch i biegiem pomóc. Telefon po karetkę. Brat w tym czasie reanimuje ofiarę. Ja zajmuję się drugą. Była przytomna, poobijana, ze złamaniami, ale na oko stan ogólny nie najgorszy. Służby przyjechały po jakichś 15 minutach. Przejęły od nas ofiary. Ta, której ja pomagałem, przeżyła. Jej, jak się później dowiedziałem, siostra, nie miała tyle szczęścia. Zmarła w drodze do szpitala. Wspominałem, że brat jest strażakiem. A w tym środowisku jest tak, że znają się również z sanitariuszami z pogotowia. Sanitariusze znają lekarzy, więc informacje o wypadkach dość szybko krążą między nimi. Największy szok przeżyliśmy, gdy okazało się, ta dziewczyna miała szanse na przeżycie. Gdyby pomoc została udzielona od razu po wypadku. Gdyby ktoś od razu się zatrzymał... Dziewczyny, jedna w wieku 24 i jej siostra, śmiertelna ofiara wypadku, w wieku 26 lat, wracały do domu z prezentem dla swojej matki na urodziny. Spotkała je tragedia w skutek gapiostwa kierowcy osobówki i znieczulicy innych uczestników ruchu. Brat do tej pory nie może się po tym pozbierać. To była pierwsza osoba, której jako strażak nie zdołał uratować. Dlatego apeluję. Może dotrze to do ludzi, którym wydaje się, że łaska boska nad nimi czuwa i nic im się w życiu nie przydarzy. Nie wiecie, kiedy podobny wypadek może wam się przytrafić. Kiedy będziecie potrzebowali pomocy, a inni przejdą obok was i nawet nie kiwną palcem. Pomagajcie, reagujcie. Bo dzisiaj może ktoś obok was potrzebuje pomocy, a jutro sami będziecie w tej w podobnej sytuacji. Nauczmy się pomagać sobie nawzajem, to takich sytuacji będzie jak najmniej.
1,087
Dziś mój ośmioletni syn powiedział, że mam nie wchodzić po niego do szkoły, tylko czekać w samochodzie w bardziej odległym miejscu. Bardzo zdziwiło mnie jego zachowanie, więc dopytywałam, dlaczego nie chce, żebym po niego przychodziła. Dowiedziałam się od niego, że opowiedział wszystkim w szkole, że ma bardzo ładną mamę i teraz "nie chce, żeby wszyscy dowiedzieli się, że kłamał"...
1,086
Moja droga do szkoły prowadzi obok zakładu pogrzebowego. Krocząc dzielnie o poranku, minęłam dwóch panów niosących pustą, otwarta trumnę. Jeden z nich mówi do mnie: - Kładź się. Humor poprawiony na cały dzień :D
1,086
Kiedy miałam 12 lat, wybrałam się z moją babcią na przejażdżkę rowerową. Musiałyśmy przejechać kawałek dość ruchliwej ulicy otoczonej dużym lasem. Kiedy byłyśmy w połowie drogi, zauważyłam, że rozwiązał mi się but, więc krzyknęłam do babci żeby się zatrzymała i poczekała na mnie. W momencie kiedy zeskoczyłam z roweru, samochód z przeciwnego pasa wpadł w poślizg, przeciął drugi pas i dachując przeleciał obok nas, po czym wylądował metr dalej na drzewie. Byłam w totalnym szoku, nigdy czegoś takiego nie widziałam. Stałam jak wryta, kiedy uświadomiłam sobie, że gdyby nie moja rozwiązana sznurówka, byłybyśmy dokładnie w linii przelatującego samochodu. Nie wiem, czy ktoś nade mną czuwał, czy to po prostu zbieg okoliczności, ale gdyby nie to, już by mnie nie było na tym świecie.
1,086
Wybrałam się z moim chłopakiem na Półwysep Helski. Jak powszechnie wiadomo, to cypel Półwyspu Helskiego jest najbardziej wysuniętym punktem w Polsce. Gdy już się tam znajdowaliśmy wokół nas nie było nikogo. Nagle mój chłopak stanął na samym cyplu, wyciągnął swojego penisa i powiedział: - Zobacz! Teraz to mój penis jest najbardziej wysuniętym punktem w całej Polsce. Powinien być zapisany w Wikipedii!
1,086
Jechałam ostatnio miejskim, usiadłam obok starszej kobiety, ok. 70 lat, bardzo sympatyczna pani. Miałam dużą torbą i jechałam do końca trasy, więc zamieniłyśmy się miejscami i siedziałam przy oknie. Kilka przystanków dalej wsiadły trzy starsze panie i chciałam ustąpić jednej miejsca, a tu nagle pani siedząca obok mnie wskazała na coś za oknem i mówi: - Patrz! Ładny budynek, nie? Popatrzyłam w tamtą stronę i przytaknęłam, a ona po chwili dodała: - Siedź, siedź kochana, patrz za okno, one za dwa przystanki wysiadają, postoją, są młodsze ode mnie! Rozmawiałyśmy jeszcze do końca trasy, opowiedziała mi o kilku ciekawych miejscach w mieście. Nie wszystkie starsze panie to tzw. mohery ;)
1,085
Tu 129 kg cielska, które jest toczone przez raka. Ostatnio było 134 kg, ale lekarze, łaskawcy!, pozwolili mi zejść do 120. Korzystam, póki nie zmienią zdania ;) Wiele osób pyta mnie, jak sobie radzę z tym ogromnym stresem, jakim niewątpliwie jest nieuleczalna choroba w stadium "żywy trup". A mi wstyd się przyznać, bo... to nie jest takie proste. Od dziecka byłam molem książkowym. Pochłonęłam więcej książek niż większość śmiertelników widziała w życiu na oczy. Do tego moim ulubionym gatunkiem jest... fantastyka. No i stało się tak, że ugrzęzłam we własnej wyobraźni, we własnym świecie. W mojej głowie jestem niewystępującą naturalnie hybrydą gatunkową. Mój tata to pół-demon, pół-elf, mama to nieświadoma niczego potomkini czarowników (stąd jej prorocze sny). W prostej linii jestem dziedziczką starożytnego królestwa... Tylko nikt nie chce się zgodzić, abym objęła tron. Po pierwsze - jestem związana z upadłym aniołem (który niczego nie jest świadom, bo nie pamięta swojej przeszłości). Po drugie - mój były, wampir, szczerze mnie nienawidzi za to, że odkryłam jego intrygę mającą na celu przejęcie tronu. Po trzecie - mój drugi były, który próbuje się zemścić za to, że jego kobietę - sukkuba, zamieniłam w człowieka, regularnie atakuje moje włości. Gdy ląduję w szpitalu, na chemii lub naświetlaniach, wyobrażam sobie, że jestem w Milczącej Twierdzy. Pielęgniarki to zjawy, lekarze to smoki w ludzkich postaciach. Czasami leczą mnie po bitwach (które są dość częste ;)), niekiedy uczą nowych zdolności magicznych lub ukrywają przed moimi wrogami. Woreczki z chemią to tak naprawdę płynny kryształ, krew aniołów, smoków lub elfów. Naświetlania to kuracja magią. Moje koty nie są kotami. To demony zaklęte w zwierzęce ciała - jeden leczy, drugi to ochroniarz, a trzeci to magazyn many. Pies to gargulec - wyczuwa zbliżające się siły nieczyste. A w akwarium pływają mi trzy smoki. Tak na wszelki wypadek. Nawet na moje nagłe roztycie znalazłam wytłumaczenie. Muszę się ukrywać. Nikt mnie nie pozna w tak wielkim, poharatanym ciele. Blizna po operacji to blizna po pchnięciu zatrutym sztyletem. Guzy to małe, wredne robaczki, które miały mnie rozerwać żywcem zaraz po spożyciu. Jednak moja krew i dziedzictwo czarowników uniemożliwiły taki obrót spraw. Czasami myślę, aby napisać książkę o walce z rakiem. Ale nie z poziomu rzeczywistości, a z poziomu mojej wyobraźni. Nikt by nawet nie zauważył, o czym ta książka tak naprawdę jest. Jak większość pacjentów onkologicznych, jestem pod opieką psychiatry. Pełna nadziei, że mnie wyleczy z mojej wyobraźni, wylałam to z siebie na jednej z sesji. Jako jej jedynej powiedziałam o mojej krainie magii... I co? Stwierdziła, że to genialny sposób walki ze stresem. I będzie ją polecać innym swoim pacjentom. Witki mi opadły. Tak że tego, lecę polatać na miotle ;)
1,084
Siedzę sobie spokojnie przed komputerem, wtem zadzwonił telefon. Zadzwonił mój tata, kazał szybko przyjechać do domu, zaginął wujek, trzeba go szukać. Jako że wujek był dla mnie jak drugi ojciec, nie zastanawiałem się, pojechałem w samych kapciach, 30 km pokonałem w 20 minut. Wpada policja, wywiad. Miał jakichś wrogów? Gdzie może przebywać? Nikt nic nie wie. Po odjeździe policji bierzemy z ojcem samochody i wyruszamy na poszukiwania. Po około 20 minutach dzwoni tata, że znalazł samochód. W lesie. Telefon na policję, zbieram rodzinę, przyjaciół i zaczynamy poszukiwania. Po 6 godzinach znaleźliśmy wujka. Na drzewie. Wisiał. Ogólna rozpacz... Niby zwykła, tragiczna historia. Później szał opadł, nastało rozmyślanie, dlaczego to zrobił, co go do tego skłoniło... Ano rodzina. Miał trójkę dzieci, dwoje bliźniaków i jednego małego brzdąca. Dzień wcześniej, wieczorem, jeden z bliźniaków przyszedł do domu naćpany i pijany. Pobił matkę. Jak myślicie, co się stało? Przyjechała policja, ale ciotka zamiast oskarżyć mojego kuzyna, oskarżyła MOJEGO WUJKA. Teraz mówi, że chciała chronić dziecko. Nie chciała mu psuć dzieciństwa. Gówniarz jest teraz na odwyku, a oni prawie bez środków do życia...